Za dwie godziny wsiadam na różowy rower i jadę 410 kilometrów z Tokio do miasta Onagawa na północy Japonii.

W Tokio jest 10 stopni i deszcz. W Onagawa zima. 11 marca 2011 roku miasto zalała 15metrowa fala. Zginęło 300 ludzi. W całym Tohoku – północnej części Japonii trzęsienie ziemi i tsunami zabiły ponad 16 tysięcy ludzi. Dwa i pół tysiąca do dzisiaj uznaje się za zaginionych.

Tsunami uszkodziło reaktory elektrowni Fukushima Daiichi w prefekturze Fukushima. Z powodu tsunami i wybuchu reaktora musiano ewakuować ponad 400 tysięcy ludzi.

Do dziś ponad dwieście tysięcy nie wróciło do swoich domów. 80 tysięcy mieszka w domach tymczasowych – zimnych blaszakach o powierzchni 20 metrów. I nikt nie wie, co dzieje się w środku reaktora. Wiadomo tylko, że nie ma jak zapobiec skażeniu wód gruntowych.

Jadę razem z ludźmi z Tokio2Tohoku. Przez prefekturę Fukushima i Miyagi, gdzie ludzie uczą się jak odbudowywać siebie na nowo i jak sobie ufać. Zbieramy pieniądze na fundację Katariba z Onagawa, która pomaga dzieciom zamienić ból w siłę.

O tym, kogo spotykam, czemu rząd podnosi ziemię i jakie pomysły pojawiają się w związku z uszkodzonym reaktorem będę pisać tutaj i na Peronie4.

Różowy rower czeka.

 

Jaszczurka à la Kavek

Różne rzeczy w życiu jadłam (łącznie z ostrygą prosto z morza w Szkocji, sałatką z ubitych w moździerzu prażonych karaluchów w Laosie  i jeszcze ruszającą się małżą w Japonii), ale nigdy nie sądziłam, że dane mi będzie spróbować jaszczurki.

Nawet kiedy Wat i jego kuzyn, z mniejszości Kavek żyjącej w chatkach rozsypanych po dżungli w Ratanakiri na północy Kambodży, opiekali jaszczurkę nad ogniem nie byłam pewna a) czy zostanę poczęstowana, b) czy jeśli zostanę poczęstowana to jej spróbuję.

Byłam na trzydniowym treku przez dżunglę, pierwszą noc spędzałam właśnie w chatce Wata z tłumem jego kuzynów, którzy przyszli opić zabicie niedźwiedzia winem ryżowym. Drugą planowałam spędzić w dżungli nad rzeką. Do Khmerskiego przewodnika, który służył mi za tłumacza i objaśniacza kultury (i który dźwigał worek z ryżem i zupkami w proszku – widocznie doświadczenie mówi mu, że tym się żywią turyści) dołączyła dwójka przewodników z mniejszości Kavek. Syn Wata i jego przyjaciel. Wat nie mógł z nami iść bo szedł ścinać drzewa. Ale przecież jego syn jest dorosły, ma maczetę, pije wino, pali tanie papierosy. Będzie miał już ze trzynaście lat. On nigdy nie był w Banlung – stolicy prowincji (to przecież z polany, na której stoi dom Wata pięć godzin drogi motorem plus dwie godziny drogi przez dżunglę), ale jego przyjaciel był i to nawet dwa razy. A lat ma tylko dwanaście. Na razie chłopaki zabrali mnie przed śniadaniem na obserwację ibisów – ogromnych ptaszysk gnieżdżących się na czubkach drzew. Poszłam w japonkach bo powiedzieli, że to niedaleko i drogą, i przeklinałam każdy kolec i każdą błotnistą kałużę nie do ominięcia.

Wróciliśmy po godzinie, z dwiema wiewiórkami upolowanymi przez chłopaków z procy. W garnko-patelni smażyła się pokrojona w kostki jaszczurka. Razem z czosnkiem, który w Azji ma lekko słodki smak, i z drobno posiekaną dziką cytronelą. Dzieciaki dostały po misce ryżu i pachnącym daniu. A ja słoną zupkę z proszku. Łakomie patrzyłam na to, co je syn Wata a on z kolei wpatrywał się w moją parującą zupę. Wymieniliśmy się.

Jaszczurka smakowała, jak kurczak. Czego można się było spodziewać.

 

Przepis jest prosty.

Jaszczurka à la Kavek

Złapać sporej wielkości jaszczurkę (ale nie taką, na którą Kavek mają nałożone tabu, tylko taką szarą w brązowe plamki).

Zabić.

Opiec nad ogniem – ułatwi to zeskrobanie łusek.

Zeskrobać łuski.

Mięso posiekać w kostki.

Usmażyć na patelni z uprażonym na złoto czosnkiem i aromatyczną cytronelą.

Podawać na ryżu.

(od biedy cytronelę można zastąpić trawą cytrynową. A jaszczurkę kurczakiem).

 

A więcej o treku przez dżunglę i o tym dlaczego dżungla znika przeczytacie w najnowszym (lutowych) Podróżach.

 

Ps. Niedźwiedź też był smaczny.

Afrodyzjaki nie tylko króla Salomona

Aby w miłości zaznać upojenia zmieszaj ze sobą mięso scynki i ciało morskiego ogórka. Dopraw to jadem z mrówek, podgrzej z krwią węża i rozpuszczonym ptasim gniazdem a następnie całość posyp obficie pokruszonymi chrząszczami.

O kuchni pełnej afrodyzjaków przeczytacie w najnowszym, lutowym, Travelerze.

jak się rozgrzać?

Większość ludzi zna to z własnego doświadczenia. Dopada nas zazwyczaj koło drugiej popołudniu, czasem bliżej trzeciej. Jest tym gorzej, im wcześniej za oknem robi się ciemno. Totalny zjazd. Energetyczny dół. W takich momentach potrafię zjeść pół słoika Nutelli (przed zjedzeniem całego powstrzymują mnie te resztki zdrowego rozsądku, które jeszcze nie śpią). Potem wypijam dwie kawy a i tak zasypiam przed komputerem.

 

O tym,  jak jedzeniem dodać sobie energii przeczytacie w styczniowym Travelerze!

Co ma prosiak do makowca

Długie rodzinne dyskusje na temat tego czy podajemy grzybową czy barszcz zawsze kończyły się gotowaniem dwóch garnków zupy. Jedna część rodziny musi na Wigilię zjeść kutię z rodzynkami, druga nie uznaje świąt bez piernika. Zgadzamy się w kilku kwestiach takich, jak pierogi z kapustą i grzybami i śledź w śmietanie. No i nikt tak naprawdę nie lubi karpia, dlatego co roku jest go coraz mniej, ale i tak – żeby tradycji stało się za dość – podajemy go jako główne danie.

Kiedy chodzi o święta to już nawet nie „co kraj to obyczaj”, tylko „co rodzina to obyczaj”. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, co znamy z dzieciństwa. I trudno nam sobie wyobrazić, że gdzieś indziej ktoś nie może się doczekać przedświątecznego rzeźbienia w rzodkiewkach (Oaxaca w Meksyku, rzeźbi się nawet żłobki), ktoś tęskni za smakiem krewetek z grilla zagryzanych świątecznym podpłomykiem (Australia, podpłomyk bardziej przypomina mieszankę chałki i drożdżowej baby), ktoś kupuje całe kosze ostryg (Francja), a komuś święta kojarzą się z zapachem ciasta orzechowo-dyniowego (Albania) albo brukselki (Wielka Brytania).

O bożonarodzeniowym jedzeniu piszę w grudniowym numerze Travelera.

Z życia gwiazd

Siedzę ramię w ramię z młodą Chinką. Naprzeciwko mnie posadzono chłopaka z Francji. Przy tym samym stoliku zmieściło się jeszcze małżeństwo z Hongkongu. W rękach trzymamy ołówki i zadrukowane zielone karteczki. Przy nazwie potrawy wpisujemy liczbę – tyle chcemy zjeść bułeczek wypełnionych duszoną wieprzowiną, a tyle pierożków z krewetkami. Kelnerka szybkim gestem nalewa nam herbatę z czerwonego termosu do plastikowych kubków. Niecierpliwi się. Tu nie ma czasu na gdybanie, w kolejce czeka się ponad godzinę – trzeba zjeść szybko i ustąpić miejsca innym. Ale ja domawiam coraz to nowe potrawy – kurze nóżki w sosie sojowym, galaretkę z fiołkami, cienkie naleśniki z ryżowego ciasta z wołowiną.  Z zaplecza słychać pokrzykiwania właściciela, kuchnię pełną pary buchającej z garów mija się w drodze do ubikacji (popękane kafelki, wejście zastawione kubłem z mopem). Przy okazji można podejrzeć, jak robi się jedzenie godne jednej gwiazdki Michelin. Tim Ho Wan w Hongkongu to najtańsza na świecie restauracja wyróżniona tym odznaczeniem (obiad można zjeść za mniej więcej pięćdziesiąt złotych). Stoły zalane zieloną herbatą i wymagająca porządnego czyszczenia łazienka raczej nie kojarzą się z restauracjami z najpopularniejszego przewodnika jedzeniowego na świecie. Ale inspektorzy Michelina szukają najlepszych smaków, a nie najlepszych lokalizacji. Trzy gwiazdki przyznali Sushi Saito w Tokio, do którego jeszcze do niedawna wchodziło się przez parking pomiędzy samochodami. Gwiazdkę ma angielski pub Pony and Trap, gdzie piwo leje się z kija, a obiad je przy kominku. Gwiazdki to luksus smaku a nie luksus wystroju. Choć zazwyczaj idą one w parze. Większość gwiazdkowych restauracji oprócz najwyższej jakości jedzenia stawia na najwyższej jakości obsługę i wystrój. To świat wykrochmalonych obrusów, muszek i długich list wina. Drogi świat. Moi znajomi co roku z okazji rocznicy ślubu wolą zjeść kolację w takiej restauracji niż kupić nowy telewizor. Jeden wieczór może kosztować ich ponad trzy tysiące złotych.

 

Felieton o kulinarnych gwiazdkach ukazał się w listopadowym Travelerze.

Kotlet z bułką z masłem

Pisać o kuchni amerykańskiej? To tak jakby chciało się pisać o kuchni europejskiej do jednego worka wrzucając francuskie fois gras, brytyjskie fish and chips, niemieckie frankfurterki i polskie pierogi z kapustą. Choć właściwie to ten opis najlepiej określa amerykańskie jedzenie. Fuzja tradycji i smaków. To, co przywieźli ze sobą imigranci ze wszystkich kontynentów zostało zaadoptowane, wymieszane i mniej lub bardziej przerobione. Mamy włoską pizzę na grubym cieście obficie polaną sosem pomidorowym. Mamy chiński makaron o zmniejszonej ostrości. I smażone skrzydełka kurczaka. Sposób smażenia przywieźli Szkoci, ale smaku dodali niewolnicy z Afryki (nie mogli hodować bydła, ale pozwalano im trzymać kurczaki).

felieton o hamburgerach ukazał się w październikowym Travelerze.

Piotr Bernardyn o potrójnej katastrofie w Japonii

O katastrofach szybko się zapomina. A trzy lata po trzęsieniu ziemi, tsunami i uszkodzeniu elektrowni atomowej ponad 267 tysięcy ludzi nie może wrócić do swoich domów, ponad sto tysięcy mieszka w tymczasowych osiedlach bez żadnej prywatności. Sytuacja w elektrowni Fukushima Daiichi nie została opanowana. Ciągle nie wiadomo, co zrobić z radioaktywną wodą (używaną do schłodzenia reaktora). W prasie pojawiają się informacje o przeciekach do gruntu.

Wydaje się, że takie problemy nie powinny dotykać “naszego” rozwiniętego świata. Owszem, w biedniejszych regionach pomoc może być niezbędna przez cały czas, ale  w Japonii? Coś musi być z nimi nie tak. A to nie z nimi jest coś nie tak, tylko po prostu tak działają ludzie i ich pamięć. Po trzech latach nasza uwaga – co naturalne – skierowała się gdzie indziej. Staruszkowie, którzy narzekają na zbyt cienkie ściany, bezczynność i depresję nie są medialni. Mają dach nad głową, niech nie narzekają.

Do tego wcale nie jestem pewna, czy gdyby reaktor elektrowni wybuchł we Francji – choć na początku wiele by się o tym mówiło – to czy po trzech latach nie umniejszano by sprawy i nie chowano by niektórych informacji pod dywan.

Łatwo powiedzieć, że to nie nasz problem, że to drugi koniec świata. Ale – przynajmniej jeśli chodzi o energię atomową – to jest to nasz problem. Jedna rzecz to, to że radioaktywna woda z reaktorów ma zostać wypompowana do oceanu (co niekoniecznie musi być złe – wielu ekspertów uważa, że to jedyne sensowne rozwiązanie). A druga to to, że wydarzenia z Japonii wpływają na politykę wobec elektrowni atomowych. Warto wiedzieć z czym one się wiążą, żeby wyrobić sobie własne zdanie.

Pomoże wam w tym książka Piotra Bernardyna “Słońce jeszcze nie wzeszło”. To rzetelny reportaż o tym, co wydarzyło się w Japonii 3 marca 2011. Dużo tu o lobby atomowym i o sposobie zarządzania energią w Japonii. Recenzję przeczytacie tutaj.

zwierzęta na wakacjach

Zastanawiacie się czasem, w jaki sposób złapano małpki, którym robicie zdjęcia na wakacjach? Jak wytrenowano delfiny w delifnariach do grania piłką? Co zrobiono słoniom, żeby zgodziły się na włożenie na ich grzbiet stelaża z ławeczką, na której usiądą turyści.

Dzięki inicjatywie post-turysta, coraz więcej mówi się w Polsce o świadomym podróżowaniu. Zwierzęta też są częścią tego tematu. O tyle trudną, że budzą bardzo dużo emocji i łatwo jest rzucać obelgami. Zapominając o tym, że ludzie, tresują je po to, żeby z czegoś  żyć. Żeby jakoś utrzymać swoje rodziny. To my, turyści, wspieramy ich w przekonaniu, że bicie słonia pałką z gwoździami jest dobre. Bo to my na tak wytresowanego słonia wsiadamy.

Sporo ostatnio o tym piszę. I o słoniach, i o rekinach. Rozmawiałam też o tym z Tomkiem Michniewiczem w jego audycji “Reszta świata” w programie Pierwszym Polskiego Radia. Możecie posłuchać i o tygrysach, i o słoniach, i o małpach, i o turystach. Link do audycji jest tutaj.

Ciekawa jestem, jakie wy widzieliście przykłady tresury zwierząt pod turystów.

Obsesja na zimno

Ta sama historia powtarza się od dwóch tysięcy lat. Kiedy dni wydłużają się, a słońce piecze coraz mocniej, dalibyśmy wszystko za odrobinę zimna. Legendy głoszą, że cesarz Neron rozstawił najszybszych biegaczy wzdłuż drogi prowadzącej z Rzymu w góry. Przekazywali oni sobie z rąk do rąk wiadra pełne śniegu. Mieszano go z miodem i winem, posypywano świeżymi owocami – tworząc pierwsze wersje sorbetu. W lecie najbliżej Rzymu lód i śnieg można zebrać z lodowca Corno Grande w Apeninach. Niewolnicy mieli do przebiegnięcia 150 kilometrów. Skrzydeł zapewne dodawał im strach – wszyscy wiedzieli, czym może skończyć się gniew cesarza.

W dzieciństwie też czekałam. Kiedy na dworze robiło się trochę cieplej, nasłuchiwałam charakterystycznej melodyjki wygrywanej przez pana lodziarza. Powtarzane w kółko mechaniczne tony obwieszczały początek lata. Wybór był nie za duży. Wanilia i czekolada, które smakowały tak samo: zimnem i cukrem.

Uważa się, że pierwsze mrożone desery – miska śniegu polanego sokiem z winogron – podawano w Persji już czterysta lat przed naszą erą. Z czasem wzbogacono je o różaną wodę i szafran. Ale to Chińczycy odkryli, że sól zmieszana z lodem mrozi zawartość pojemników. I to oni zrobili pierwsze lody z kumysu (sfermentowanego mlecznego alkoholu), mąki użytej jako zagęszczacza i kamfory.

Felieton o lodach ukazał się w Travelerze.