Pocztówki z Azji – Hongkong. Widok z wyspy Lantau.
Hongkong kojarzy się z ciasnym widokiem nadbrzeża z którego w niebo wystrzeliwują wieżowce. Z tłumem ludzi każdej narodowości na zakupach. Z mistrzowskim rozplanowaniem przestrzeni – tak, jak w budynku Chunking Mansion, gdzie mieścił się mój hostel. Cały budynek to siedemnaście pięter, cztery klatki schodowe i po dwie windy na klatkę. Jedna zatrzymuje się na piętrach parzystych, druga na nieparzystych. A na każdym piętrze jest jakiś hostel. W pokoju mieści się łóżko i szafka nocna, w łazience prysznic wisi nad ubikacją. Ze mną mieszkał pan karaluszek, który znalazł sobie bezpieczną norkę w załamaniu plecaka.
Ale całe terytorium Hongkongu – łącznie z okolicznymi wyspami – ma aż siedemdziesiąt procent terenów zielonych. Pagórki, góry, zatoki, rezerwaty, lasy, klify, piękne plaże. W ciągu tygodnia, kiedy cały Hongkong pracuje, taką plażę z białym piaskiem i niemożliwie niebieską wodą można mieć tylko dla siebie.
Ja całe dnie spędzałam poza tłocznym Hongkongiem wjeżdżając kolejką linową na szczyty gór, oglądając wielki pomnik Buddy, patrząc na wyspy na horyzoncie, zanurzając stopy i ręce w ciepłym piasku, odwiedzając rybackie wioski, gdzie na sznurach wiszą solone ryby i otoczone murami wioski mniejszości narodowych, w których panie przechadzają się w wielkich słomianych kapeluszach.





