Jak zaczęłam samotną podróż

Wśród blaszanych dachów wielkich hal rybnego targu Tsukiji, pod daszkiem z pofalowanego plastiku, z którego skapuje woda, na śliskiej podłodze, w dojmującym zapachu rybich wnętrzności i glonów, pomiędzy fruwającymi kawałkami styropianu, pośród sprzedawców pośpiesznie zamykających swoje stoiska upychając cały dobytek w wielkie jasnobrązowe, papierowe torby  i zamiatając betonową posadzkę miotłami z gałęzi (to już 14, pracują od 6 albo nawet 5 rano), między nieustającymi dźwiękami brzęczących łańcuchów przytrzymujących, na niewielkich elektrycznych wózkach, pudła ryb z błyszczącymi oczami, – stoję ja czekając na najlepsze sushi świata. Hulający wąskimi uliczkami wiatr o zapachu soli podwiewa mi spódnicę – ku uciesze, bądź przerażeniu, czekających ze mną Japończyków.

Przede mną kilkuosobowa kolejka – kilku sararimanów w jeszcze świeżych (zanim upiją się wieczorem przy piwie i szaszłykach z kurczaka) garniturach, mocno ściskających rączki swoich teczek; starsze małżeństwo – ona z brudnymi paluchami i siwymi włosami, on – ledwo stojący, opierający się o taborecik, ale co chwilę idący na róg ulicy – zapalić papierosa; samotny koleś z kolczykiem w uchu i nażelowanymi włosami; ani jednego białego, chociaż nie: przez szybę widzę, że siedzi w środku jeden – cały wytatuowany – zagaduje sushimasterów.

 

Czekam 20 minut. To i tak niedużo – poprzednim razem czekałam 40 (choć i tak miałam szczęście – niektórzy czekają i dwie godziny). W środku, przy wąskim barze stoją wysokie stołki (tylko 14). Za szybą leżą ryby z dzisiejszego połowu – świeższe nigdy nie będą. Sushimasterzy sprawnymi ruchami ugniatają kule ryżu, podsypują ryby odrobiną różowej stoli, albo sokiem z limonki, kładą przede mną, na drewnianym blacie i podkreślają “no soy sauce”. Kto by chciał dodawać soy sauce kiedy ryba dosłownie rozpływa się w ustach na drobniutkie kawałeczki . Zamówiłam zestaw “zaufaj szefowi” – dziewięć kawałków sushi wybranych przez szefa kuchni – on wie, co tego dnia jest świeże, i dziesiąty  – wybrany przeze mnie.

Siadam, od razu dostaję herbatę i marynowany imbir. Po chwili –  tu się nikt nie śpieszy, nie zwraca uwagi na kolejkę za drzwiami, sushimasterzy droczą się z klientami, dogadują, podśmiewają – dostaję pierwszy kawałek – słynny fatty tuna. A potem jest coraz lepiej. Z rozpędu jem nawet żywą jeszcze małżę – lekko nadkrojoną i rozpłaszczoną dłonią przez sushimastera, która rozwija się niczym kwiat. Jako dziesiąty kawałek też wzięłam małżę – ale czerwoną (akagai), podobno bardzo rzadką. Sushimaster zaśmiał się mówiąc coś po japońsku, sararimeni patrzą z wyczekiwaniem, jak sobie poradzę z wielką masą zwijającą się przy dotknięciu pałeczkami. Drżą mi ręce, rozwalam trochę ryżu, ale udaje się – małża (ale z gatunku tych bardziej mięsistych) nie ma w sobie nic z gumowatości, jest miękka i delikatna.

A przy łososiu (“To nasz, z Hokkaido” – chwali się sushimaster) chowam głowę w miskę zupy miso, żeby sushimasterzy, pani z brudnymi paluchami, nażelowany koleś i sararimeni nie zauważyli, że łzy napłynęły mi do oczu. Może to łosoś, może rozstanie.

Taką ucztą zaczęłam podróż.

A o tym, jak na prawie dwa tygodnie wciągnęła nas i opętała Japonia – w następnym poście.

 

2 Comments

  • Marta on Jun 25, 2013 odpowiedz

    Przypomniałaś mi tym opisem moją podróż do Japonii i codzienne smakowanie sushi. Strasznie mi brakuje tych smaków, a przede wszystkim tuńczyka, który po prostu rozpływał się w ustach. Po targu Tsukiji mogłabym chodzić całymi dniami i smakować suszonych małych rybek, krewetek i innych pyszności.
    Pozdrawiam.

    • admin on Jul 15, 2013 odpowiedz

      Ja w dzień wylotu spędziłam na Tsukiji chyba z siedem godzin. Chodziłam i robiłam zakupy do domu :)

Skomentuj