japońskie łaźnie

W plebiscycie na rzeczy do opisania z Japonii wygrały łaźnie. Przyznam szczerze: myślałam, że wygrają love hotele, które powstały bo w japońskich domach nie ma miejsca i warunków (cienkie ściany, bardzo cienkie ściany) na seks, a przy okazji można jeszcze spełnić fantazje o nocy w arabskim karawanseraju, indonezyjskim łożu z baldachimem, albo oldschoolowym cadillacu. Ale o tym kiedy indziej, jeśli w ogóle.

Łaźnie też powstały z braku miejsca – kiedyś oddzielny pokój z wanną nie należał do standardowego wyposażenia japońskiego mieszkania. Ale przede wszystkim – z mojego punktu widzenia – powstały dla przyjemności (z resztą love hotele pewnie też). Nie będę się tu mądrzyć, nie jestem japonistką, mogę opisać tylko to, czego doświadczyłam – czyli wizytę w sento w Kioto – a znajomych japonistów proszę o wyrozumiałość.Na początek rozróżnienie: onsen to gorące źródła (do których w końcu nie pojechałam – powody wyjaśnią się poniżej) położone w górach, dolinach, wśród lasów, czasami przykryte śniegiem – naturalne miejsca przystosowane do kąpieli.  Sento to łaźnia publiczna – zazwyczaj w dużych miastach jest ich nawet kilkaset. Japończycy chodzą tam, żeby się zrelaksować w trochę większej przestrzeni niż ich miniaturowe mieszkanka, a przy okazji jeszcze porozmawiać ze znajomymi i sąsiadami – oczywiście na golasa, co kiedyś tak bardzo gorszyło oświeconych ludzi z Zachodu, że Japończycy (żeby pokazać, że jednak są cywilizowanym narodem) odgrodzili ścianą część żeńską od męskiej. Ten podział został do dziś. Kobiety idą za różową zasłonkę (albo przynajmniej ozdobioną czymś w odcieniu różu); mężczyźni za niebieską. Tu jeszcze się nie pogubiłam i udało mi się wejść tam, gdzie trzeba, czyli do przebieralni z rzędem szafek, luster, suszarek i fotelem do masażu. Buty zostawiłam wcześniej w szafce przy ogólnym wejściu. W przebieralni schowałam ubranie do szafki zabierając ze sobą tylko kluczyk i malutki szampon kupiony na recepcji. Miałam przygotowany kostium – tak na wszelki wypadek gdyby pogłoski o nagości w japońskich łaźniach okazały się nieprawdziwe – ale oczywiście były jak najbardziej prawdziwe: wokół mnie na łaźnie szykowały się Japonki stare, młode, zasuszone, jędrne, chude, grube, małe, duże; wszystkie na golasa. Wzięłam oddech i przeszłam przez drzwi oddzielającej łaźnie od przymierzalni, gdzie powietrze jest zdecydowanie zimniejsze. W wysokiej na cztery metry sali wyłożonej kafelkami, z oknami w suficie, na samym środku stały cztery wielkie wanny. Po prawej stronie biegła ściana wysoka na dwa metry oddzielająca część męską od żeńskiej. Podobno w niektórych sento ciągle jeszcze w tej ścianie są dziury, przez które można sobie podawać mydło. Pamiętając o tym, że łaźnie nie służą do mycia się tylko do moczenia ciała we wrzątku umyłam się pod prysznicem, który był tuż przy wejściu. Kiedy weszłam kawałek dalej, do sali z wannami, okazało się, że pod ścianami są krany i to właśnie tu powinnam się umyć, a prysznic pod którym zmyłam cały brud to prysznic z zimną wodą do hartowania. Pierwszy błąd – stąd te dziwne spojrzenia Japonek; a ja myślałam, że patrzą, bo jestem biała i bardziej okrągła. Prawidłowo powinno to wyglądać tak: spod ściany bierze się plastikowy stołeczek i miskę, siada się przed jednym z kranów nalewa wody do miski, oblewa się ciało (bardzo przyjemne), dokładnie mydli (bardziej zaawansowani przynoszą ze sobą gąbki), i znowu oblewa ciało, aż nie zostanie na nim ani śladu piany (włosy też można umyć). Można użyć pryszniców zamontowanych przy kranach, ale Japończycy uważają prysznic za marnotrawstwo wody. Poza tym używając prysznica łatwiej ochlapać kogoś siedzącego obok, co jak się okazało nie jest do końca mile widziane. To był kolejny błąd wybaczony przez Japonki.

Kiedy już jest się czystym, czas na relaks. Kolejność zupełnie losowa (ważne: niektóre Japonki osłaniają się małym ręczniczkiem chodząc po łaźni ale nigdy przenigdy nie wejdą w tym ręczniczku do basenu/wanny – to jest absolutnie zabronione: tego błędu raczej by mi nie wybaczono). Zaczęłam od niewinnie wyglądającej wanny na samym środku i nie wyskoczyłam z niej tylko dlatego, że nie chciałam jeszcze bardziej zwracać na siebie uwagi. Zanurzyłam się, policzyłam do dziesięciu i wyszłam cała czerwona. W wannie obok woda wydawała się odrobinę chłodniejsza. Zanurzyłam się, policzyłam do dwudziestu, wyszłam. W trzeciej wannie leżały kamienie, a woda była wrzątkiem, zanurzyłam stopę, nie liczyłam, wyskoczyłam. W czwartej wannie woda była przyjemnie chłodna, ale kiedy usiadłam w środku znajdując się między dwoma metalowymi plakietkami złapał mnie skurcz. Puścił. Złapał. Puścił. Złapał. Całe ciało zaciskało mi się bez mojej woli w zastraszającym tempie. Chwilę spędziłam zastanawiając się czy zdążę podczas jednej z przerw w skurczach wyskoczyć w górę i uciec z wanny. Policzyłam do dziesięciu próbując przesunąć się poza zasięg metalowych plakietek i jak gdyby nigdy nic wyszłam na zewnątrz. Ta wanna to denki-buro, pomysł jakiegoś szalonego doktora, zwariowanego rehabilitanta, albo innego hochsztaplera. Przez wodę płynie prąd, który podobno ma rozluźniać mięśnie. Japonia jeszcze raz postawiła mój świat do góry nogami. Zwykłe jaccuzzi z pianą, które stało z boku kafelkowej sali wydało mi się zbawieniem.

Na górze mojego sento była sauna. To w niej większość kobiet spędzała czas siadając na maleńkich ręczniczkach (nie miałam ręczniczka, usiadłam na deskach, potem zobaczyłam, że wszyscy siedzą na płaskich gąbkach, które można wziąć z półki przed sauną- też wzięłam; ale ciągle bez tego cholernego ręczniczka!), przekręcając klepsydry, plotkując (podejrzewam, że pewnie i o mnie) i oglądając seriale na zapoconym telewizorze. Co chwilę ktoś wychodził i wskakiwał do basenu na przeciwko sauny wypełnionego zimną wodą. Starsze panie chwytały się brzegu basenu i robiły przysiady, po czym wracały do sauny na kolejną rundkę ploteczek.

Na górze mojego sento był jeszcze basen z wodą mineralną i kamieniami. Wynudziłam się tam przez kilka minut i zeszłam na dół na kolejną rundkę po wannach. Zwolniła się wanna z brązowym płynem i biczami wodnymi, w której czułam, że odżywam. Do poręczy przywiązane były woreczki z gazy z jakimiś ziołami w środku. Zadowolona z siebie stwierdziłam, że to na pewno wodorosty, później dowiedziałam się, że to żeńszeń.

Pierwszy raz w sento czułam się spłoszona i niepewna. Podpatrywałam. Próbowałam naśladować. Przemykałam pod ścianami. Bardziej się zestresowałam brakiem ręczniczka i myciem się w złym miejscu niż zrelaksowałam.

Za drugim razem – znowu w Kioto, ale tym razem zmoczonym deszczem – szłam, jak po swoje. To miał być relaks na koniec zimnego i męczącego dnia. Małe krany i miski do wyszorowania ciała, ręcznik służący jako gąbka, wrzątek, gorąca woda, ciepła woda, długie jacuzzi na wymasowanie stóp i pleców, pięć sesji w saunie, przysiady w zimnym basenie, nuda w basenie z mineralną wodą, ponowna rundka po wrzątku, gorącu i cieple, chwila w elektryczności i  kojące moczenie w żeńszeniu. Na koniec umyłam się dokładnie, rozczesałam włosy, na rozgrzane ciało założyłam ubranie i wyszłam z zaróżowionymi policzkami, parująca łaźnią (Bouvier napisałby parująca, jak zmoczona ścierka) w parującą po deszczu noc w Kioto.

A czemu nie odwiedziłam onsenu, choć pod Kioto zachwalają dolinkę z cudownymi gorącymi źródłami? Jeszcze nie tak dawno w onsenach i sento zakazywano wstępu z tatuażami. Jeden z popularniejszych onsenów Tokio odtwarzający atmosferę epoki Edo ciągle prowadzi restrykcyjną politykę w tej kwestii, a Lonely Planet straszy, że do większości łaźni na pewno nie wpuszczą wytatuowanych (chyba, że tatuaż jest mały i da się go zakryć). W Kioto nie miałam problemów, ale czytałam, że jadący do onsenu pod Kioto musieli informować o swoim wytatuowanym przyjeździe dzień wcześnie,j a i tak potem mieli problemy. Najpierw nie chciano ich wpuścić, a potem cały basen z mineralną gorącą wodą ze źródeł opustoszał na ich widok. Nie chciało mi się jechać tylko po to, żeby pocałować klamkę.

Chodzi oczywiście o yakuzę – japońską mafię. Jej członkowie często są wytatuowani od stóp do głów a poczciwi mieszkańcy nie chcą ich w swojej łaźni (w łaźniach należących do yakuzy nikt nie będzie robił problemów). To się powoli zmienia, tatuaże stają się modą a nie symbolem, ale nie udało mi się dowiedzieć na ile rzeczywiście restrykcyjny jest ten zakaz – w mojej łaźni nie miałam problemów. Zapytany o to znajomy Japończyk tylko prychnął: przecież muszą wpuszczać inaczej przestaną zarabiać.

A dziś na kolację w Ningbo, miejscowości, w której zatrzymałyśmy się przypadkiem bo jest wygodnym miejscem do przenocowania na naszej trasie, zjadłyśmy to:

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj