Cmentarz Okunoin

Okunoin to największy buddyjski cmentarz w Japonii. Leży na wzgórzach wokół miejscowości Koya (nazywanej również Koyasan) – ukrytej w dolinie otoczonej ośmioma szczytami. Według wyznawców buddyzmu Shingon (buddyzmu ezoterycznego) to ziemskie odzwierciedlenie boskiego kwiatu lotosu.

Nie ma tu żadnych murów, wejście zaznacza brama torii. Kamienna ścieżka prowadzi przez las czerwonych pni porośniętych szaro-rdzawymi porostami. Niektóre kryptomerie mają nawet tysiąc lat. W lesie drzew stoi las nagrobków. Najwięcej tu kamiennych stup gorinto – pięć kształtów ułożonych jeden na drugim, które symbolizują więcej →

Farma ostryg

Dobrze, że wzięłam ze sobą kalosze. Kiedy Andre, ubrany w żółte nieprzemakalne rybaczki i kalosze do połowy uda wchodzi do wody, nie zastanawiam się ani chwili. Biegnę za nim.

Na konstrukcjach z prętów wiszą pudłokosze (czyli, jak kto woli: pudła z oczkami, albo kosze z wieczkami). Teraz jest odpływ, widać więc wyraźnie kilkadziesiąt muszli schowanych w środku. Nierówne, pofałdowane, stalowoszare, perłowe, zielonkawe. Ostrygi.

Jem je od niedawna. Wcześniej odstraszała mnie ich konsystencja. Ale ktoś kiedyś powiedział mi, że ich smak to smak morza i natychmiast wyobraziłam sobie więcej →

coś jest inaczej

Oczywiście, że coś jest inaczej. Kierownica jest nie z tej strony, zamiast manuala automat, zmiana biegów tam, gdzie wycieraczki, brakuje ręcznego (zastępuje go przycisk), a prawy pas służy do szybkiej jazdy.

Pomimo wielkiego skupienia i powtarzania sobie „na rondzie w lewo, na rondzie w lewo”, w ciągu pierwszych trzech minut udało mi się dwa razy wjechać lewą stroną samochodu na krawężnik, zajechać drogę rozpędzonemu motocyklowi, machać ręką w pustce sięgając po nieistniejący pas, zrzucić bieg na opcję „postój”, kiedy chciałam przetrzeć szybę i kilka razy uderzyć się prawą ręką o drzwi, kiedy chciałam zmienić bieg.

Jestem w Wielkiej Brytanii. Jadę wypożyczonym samochodem przez Szkocję. Za towarzysza mam tylko GPS. Korzystanie z mapy skończyłoby się wypadkiem. Choć nawet z GPSem nie zawsze się udaje. Co z tego, że mów mi „zjedź z autostrady zjazdem A83. Zjedź teraz. Zjedź w lewo”, skoro ja patrzę w prawe lusterko i przecież widzę, że nie mogę zmienić pasa. Zjazd ominięty, trzeba szukać innej drogi. Na szczęście okazuje się, że inna droga to właściwie dróżka, na której co dwieście, trzysta metrów są rozszerzenia do mijania się. Wokół zielone wzgórza, mgła zaczepiona o skały, białe wstęgi wodospadów, wełniaste owce z czarnymi pyskami i krowy w łatki. Białe domki z czarnymi framugami drzwi i różami pnącymi się po ścianach. Dla takiej trasy mogę nadłożyć drogi. Tym bardziej, że jadę po niej po środku.

Patrz pod nogi!

- “Patrz pod nogi!”

W Japonii nie trzeba tego dwa razy powtarzać. Od pierwszego dnia, kiedy w parku Ueno w Tokio zobaczyłam studzienkę kanalizacyjną ozdobioną reliefem kwitnącej wiśni, z której wiatr unosi płatki  obiecałam sobie, że nie oderwę wzroku od ziemi.

Obietnicy nie dotrzymałam, bo już chwilę później mój wzrok przyciągały kolorowe kimona, od których z kolei odciągały mnie fontanny w kształcie smoków, które porzucałam na rzecz tabliczek ema, na których wypisuje się prośby w świątyni. Co pięć minut znajdywałam nowy temat. Ale znalazłam też kilka zachwycających studzienek.

Możecie je obejrzeć tutaj.

Aukcja Tuńczyka

Na ziemi leżą siwe cielska pokryte szronem. Torpedowy kształt, brak głowy i ogona. Faceci w gumiakach i granatowych bluzach odsuwają płat siwej skóry i latarkami oświetlają czerwone mięso. Nadziewają niewielki kawałek na hak, rozcierają mięso w palcach, badają konsystencję, wąchają.

Pojawia się pan z drewnianą skrzynką. Staje na niej, obwieszcza swoją obecność dzwonkiem i zaczyna śpiewać! Jego krzyki i opisywanie stawek układają się w przedziwną melodię. Faceci w gumiakach palcami pokazują sumy. Milczą. Słychać tylko śpiew prowadzącego aukcję. Kiedy nikt już nie chce podbijać ceny zdejmuje czapkę i kłania się nisko.  Zabiera drewnianą skrzynkę, przechodzi na drugą stronę sali i zaczyna kolejną aukcję.

Żeby dostać się na najsłynniejszą aukcję tuńczyka na tragu Tsukiji, jako obserwator trzeba więcej →

Jizo

Przy japońskich świątyniach często można natknąć się na ogrody pełne kamiennych figurek okrytych czerwonymi pelerynkami i czapkami z wełny. U ich stóp leżą zużyte zabawki, kwiaty, kartki z prośbami o pomoc.

Figurki przedstawiają Jizō, który pomimo oświecenia, podjął decyzję o pozostaniu na ziemi, dopóki nie wyzwoli wszystkich istot z cierpienia. To najukochańsze bóstwo/święty/oświecony Japończyków – jego figurki stoją w przydrożnych kapliczkach, na cmentarzach, przy świątyniach.

Uśmiechnięta twarz, pucułowate policzki – kamień, który z czasem staje się coraz bardziej czuły.

Jizō to opiekun wędrowców, prowadzi ich przez świat realny i świat duchowy. Ale przede wszystkim jest opiekunem przedwcześnie zmarłych dzieci. Zadały ból swoim rodzicom odchodząc przed nimi – dlatego krążą w zaświatach. Jizō, żeby uchronić je przed losem wiecznej tułaczki trzyma ich dusze w swoich szatach i śpiewa im mantry.

A zrozpaczone matki – i te, które dzieci straciły i te, które boją się, że je stracą – przykrywają Jizō ciepłymi pelerynkami. Jak mówi japońska historia o starym dziadku i starej babci – ten, kto zrobi dobry uczynek dla Jizō chroniąc go przed mrozem i śniegiem, może liczyć na jego wdzięczność.

 

Galerię zdjęć zobaczycie tutaj.

hanami

Hanami znaczy „patrzeć na kwiaty”. Wczesną wiosną cała Japonia czeka, bacznie obserwuje prognozę pogody, debatuje o frontach, przewiduje daty, rezerwuje bilety, czyści obiektywy aparatów. Pojechałam do Japonii oglądać kwitnące wiśnie, choć tak naprawdę to chciałam zobaczyć Japończyków oglądających kwitnące wiśnie.

Bilety do Tokio kupiłam, zgodnie z prognozą pogody, na początek kwietnia. W połowie marca Japońska Organizacja Turystyczna obwieściła „przepraszamy! W tym roku jest wyjątkowo ciepło. Nikt się tego nie spodziewał. W Tokio wiśnie przekwitną do końca marca”. I podała szereg rad, gdzie i jak można zobaczyć wiśnie w kwietniu.

W Tokio spędziłam pół dnia patrząc na leżące na ziemi płatki – różowe kropeczki na czarnym asfalcie. I pojechałam do Kioto, gdzie drzewa miały być w pełnym rozkwicie. więcej →

Kapsułeczka

Długości pewnie ze dwa metry. Niecałe. Wysokości tak z osiemdziesiąt centymetrów. Materac, poduszka, radio, telewizor, lampa, lampka nocna, półeczka, a nawet i druga, niebieska piżama, kontakt, ściany wyłożone miękkim i grubym materiałem. Zasłonka nieokreślonego koloru. Może kiedyś była brązowa.  Za to rama wściekle żółta. Do środka wchodzi się kucając. Jeśli ma się dolną kapsułkę. Bo jeśli górną to po małej drabince. Przed wejściem zostawia się kapciuszki. Jak w każdym porządnym japońskim domu. Toaleta jest tuż za rogiem. I choć to jeden z najtańszych hoteli jakie znalazłam w Tokio to przy umywalce stoi mydło, tonik i krem Shiseido. W toalecie nowe kapciuszki – trzeba zdjąć te z pokoju i założyć łazienkowe.

Drugie spotkanie z Japonią zaczynam od łaźni. Już w windzie, do której władowałam się z plecakiem natknęłam się na panią w rozchełstanym niebieskim szlafroczku i białych papuciach. Po chwili sama wystroiłam się w taki uniform, i na plastikowym stołeczku zmyłam z siebie kilkunastogodzinną podróż. Wymoczyłam wszystkie problemy, zmartwienia, niedogodności i zmęczenia w bardzo (bardzo) gorącej wodzie. Zaróżowiona i mięciutka wyszłam jeszcze do supermarketu po sushi (moje ulubione w kształcie piramidki z niespodzianką w środku). A potem wróciłam do mojej kapsułeczki. Taką przestrzeń oswaja się w dwie sekundy.  Znowu czuję się, jak u siebie.

powiedział mi wróżbita

W przeciwieństwie do Terzaniego w Hongkongu nie uciekałam przed wróżbitami. Ba, sama nawet poszłam do jednego.  W jednej z sal Świątyni Man Mo na Hollywood Road siedzi dwóch starszych panów, którzy napisami po angielsku zachęcają do postawienia sobie wróżby (nie żyj w niepewności! Sprawdź czy to ten, zobacz czy to ta… litania usług do przewidzenia była naprawdę długa).

Co mnie podkusiło? Jung mnie podkusił. Dzień wcześniej czytałam fargment z “Podróży na wschód”, w którym Jung pisze o I-Ching i o tym, jak sam stawiał sobie wróżby rzucając patyczkami albo monetami. Rzuca się sześć razy – każde ułożenie oznacza inną linię: ciągłą bądź przerywaną. Z sześciu linii powstaje jeden heksagram i to jego znaczenie determinuje naszą przyszłość. Jung robił sobie I-Ching codziennie. Kiedy zobaczyłam ofertę w świątyni Man Mo pomyślałam “czemu nie?”. Zwłaszcza, że to świątynia boga wojny i boga literatury.

Cena jest dość zabójcza: jedno pytanie 150 dolarów hongkońskich (63 złote). Ale i tak musiałam czekać w kolejce. Ludzie przychodzili pokazywali recepty, pytali od siebie, od mamy, od taty, od siostry, od babci i od przyjaciółki.

Moja wróżba jest pomyślna. Choć na początku wróżbita krzywił się, dopytywał, liczył coś pod nosem, mamrotał sam do siebie. I choć mam dużo spraw na głowie to uda mi się skończyć projekt w 2014 roku. Wróżba dla leniuszka.

Jedyne czego nie wiem, to jaki heksagram mi wyszedł. Wróżbita uciął rozmowę:

“My nie uczymy, my tylko mówimy co widzimy”.

prognoza pogody

Od kilku tygodni z wypiekami na twarzy śledzę prognozę pogody. Patrzę z niepokojem na temperatury i na to, czy nagle nie robi się zbyt ciepło.

I nie, nie chodzi o Polskę. Razem z milionami Japończyków sprawdzam, kiedy rozkwitną kwiaty wiśni. Czy zdążę zobaczyć je w Tokio? A jak nie w Tokio to może dorwę je w Kioto? Nie Kioto to Osaka? Nie Osaka to Matsumoto? Nie Matsumoto – te spiętrzone ciągi zależności od żyjących przez tydzień kwiatków nie mają końca.

Jeszcze do nie dawana wyglądało na to, że uda mi się i w Tokio i w Osace i w Kioto – będę akurat na ostatni dzień podziwiania kwiatów, a potem zobaczę deszcz różowych płatków. Ale wczoraj na japońskiej stronie informującej o sakurowej prognozie pogody pojawiła się informacja, że w Tokio wszystko skończy się pod koniec marca. To przez temperaturę, która nagle podskoczyła i zaburzyła wszelkie przewidywania. Japończycy kręcą ze zdumieniem głowami – to najwcześniejsza sakura od lat.

I od razu przepraszają wszystkich turystów, którzy zmamieni prognozami ze stycznia kupili bilety na kwiecień. Przepraszają i podają rozwiązania. Na oficjalnej stronie Japan-guide.com pojawił się tekst, jak gonić kwitnące wiśnie i nacieszyć oczy spektaklem opadających płatków. Można zrobić wycieczkę z Tokio w góry (tylko dwie godziny, a jest tam chłodniej). Można w Tokio oglądać inne gatunki wiśni, które kwitną później. Japończycy sami przyznają, że akurat te wiśnie już nie są tak piękne jak delikatna odmiana prunus serrulata, której kwiaty kwitną zanim na drzewach pojawią się liście, co jest bardziej kontrastowe i dramatyczne. Ale turysta może obejrzeć różowe kwiaty razem z liśćmi (czyżby Japończycy wątpili w naszą wizualną wrażliwość?). Trzecia opcja to przenieść się z Tokio do Kioto. Tam wiśnie kwitną do 10 kwietnia. I tam właśnie będę już za dwa tygodnie. Z aparatem, kocykiem, pudełkiem sushi, drewnianymi pałeczkami i zimną zieloną herbatą.

 

 

Ps.  Z racji tego, że to post o przyszłej podróży to nie ma jeszcze zdjęcia. Ale będzie. Już niebawem.