piña colada – odsączony ananas

Mleko kokosowe

Sok z ananasa

Lód

Rum: dla tych, którzy lubią.

Wszystko zmieszać w blenderze. więcej →

pożegnalna kolacja

Putuoshan – opiewana przez przewodniki buddyjska wyspa, gdzie podobno rano wczasowiczów budzi śpiew mnichów, dzień spędza się w krystalicznym morzu, popołudnie w zapachu kadzideł, a wieczór przy suto zastawionych stołach – była moim i Z. ostatnim odcinkiem wspólnej podróży. Okazała się również nie być tak magiczna, jak twierdzi Lonely Planet. Po pierwsze jest bardzo droga. Zaczyna się od tego, że wstęp na wyspę kosztuje 160 juanów! Obydwie wyobrażałyśmy sobie coś w stylu Goa, albo malajskich rajskich wysp, gdzie woda ma lazurowy odcień, bambusowe chatki stoją na piasku, a krewetki są śmiesznie tanie. To wszystko okraszone buddyjską egzotyką: mnichami w szafranowych szatach, kadzidłami, nisko śpiewanymi sutrami. Znalazłyśmy górzystą wysepkę z rozrzuconymi losowo skupiskami odrapanych domów oszpeconych wyziewami wentylatorów i praniem rozwieszonym w każdej możliwej szczelinie kilkoma eleganckimi hotelami (w których jednak ciężko dogadać się po angielsku); dwiema plażami, z których na jednej w ciągu dnia panował odpływ, a na drugiej wiatr; zachodnim, wschodnim, południowym i północnym rajem (punkt widokowy), za których obejrzenie trzeba płacić; buddyjską świątynią, w której jednak przeważała woń moczu; mnichami, którzy zamiast w cichej egzaltacji modlić się na tle skał rozmawiali przez komórki i machali do nas, żeby zrobić im zdjęcie. Czarę goryczy przepełniło to, że jedzenie – podawane na plastikowych stolikach przykrytych folią może i było świeże i pyszne, ale na pewno nie było tanie.

więcej →

smažený sýr

Do Pragi przyjechaliśmy o 7:33 rano. Już półtorej godziny później staliśmy pod budką na Václavské náměstí i kupowaliśmy buły z sýrem (12 godzin później też tam byliśmy, stąd wieczorne zdjęcie). Smažený sýr to grubo krojony edam obtoczony w mące, jajku i bułce tartej, usmażony na głębokim oleju, wciśnięty w hamburgerową bułę (bynajmniej nie świeżą) i oblany majonezem. Maksimum kalorii, minimum zdrowia i masa wspomnień. Kolejne osoby, które pojawiały się na naszej wspominkowej wycieczce do Pragi z błyskiem w oku (a może z łezką w oku) wołały “sýr!”. Biegliśmy więc po kolejne porcje wspomnień. W czasach licealnych w Pradze byliśmy praktycznie co roku. Zaczęło się od szkolnych wycieczek, potem spędzaliśmy tam wakacje i obchodziliśmy Sylwestry (w tym ten szczególny 1999/2000, kiedy staliśmy na rynku trzymając się za ręce i przez chwilę dając się ponieść panice “co to będzie! co to będzie!”). Praga sama w sobie nie była istotna, istotne było to kto z kim rozmawiał, co chłopaki robili wieczorem, gdzie poszła “fajna grupka”, jak kupić pierwszą paczkę papierosów, czy próbować absyntu, kto do kogo się uśmiechnął, kto w kim się podkochuje i kto z kim jest. Typowe licealne sprawy, które są najważniejsze na świecie, a kiedy nie idą po naszej myśli mogą wywołać łzy, smutek, a nawet depresję. Wtedy spotykało się z przyjaciółkami na moście Karola, kupowało wódkę i odważnie zapijało smutki popijając sokiem pomarańczowym samemu będąc trochę zdziwionym, jakiego to szaleństwa właśnie się dopuszcza. Tym bardziej, że wódka była niesmaczna i przez chwilę bałyśmy się, że jest zepsuta a my oślepniemy (ale twardo piłyśmy dalej). Dopiero po jakimś czasie odkryłyśmy, że wódka jest pieprzowa – stąd ten dziwny smak.
A na głód – często przeogromny – zawsze jedliśmy sýr. Rano, wieczorem, w ciągu dnia, 24 godziny na dobę. W tym całym licealnym zgiełku, świecie, gdzie relacyjne konstelacje zmieniały się z dnia na dzień, sýr był łączącą nas stałą.
Nadal jest maksymalnie niezdrowy, ale całkiem smaczny.

global table adventure

Genialne i proste. Sasha zabiera swojego męża Mr. Picky i córkę – Miss Avę – w podróż dookoła świata. Ale w taką prawdziwą podróż przez wszystkie 195 państw (a nie tylko pięć różnych kontynentów). Podróż będzie trwać 195 tygodni, a odbywa się przy stole w Tulsie w Oklahomie.
W każdym tygodniu Sasha gotuje potrawy z innego państwa (jest już przy literze E). We wtorek prezentuje jego kuchnię, we  środę szykuje menu na weekend, we czwartek pokazuje jakąś zaskakującą technikę gotowania z danego kraju, w piątki chwila oddechu na ciekawostki (w starożytnym Egipcie piwo miało czerwony kolor, na Dominikanie jest siarkowe jezioro, w którym ludzie gotują jajka na twardo). Przez weekend cisza – w tym czasie Sasha razem z rodziną i przyjaciółmi szykuje śniadanie/obiad/kolację charakterystyczną dla danego kraju i w poniedziałek dzieli się wrażeniami i przepisami. W tym tygodniu na stole pojawi się injera z Erytrei. A mi już ślinka cieknie na Francję, Japonię, Wietnam, smaki z krajów jeszcze przeze mnie nie odwiedzonych. No i ciekawa jestem, co pojawi się o Polsce (na to musimy poczekać jeszcze 84 tygodnie). A Global Table Adventure zazdroszczę i pomysłu i przygody, jaką przeżywa.

karnawałowe ravioli

Przecież karnawał jest po to, żeby szaleć. Ja postanowiłam zaszaleć w kuchni i przygotować dekadencką kolację, na którą podano wszystko to, co najlepsze czyli małże duszone w winie zabielane kropelką śmietany, młode ziemniaczki pieczone z chili podawane ze śmietanowym dipem, sushi z pieczoną skórką łososia macerowaną w zalewie azjatyckiej i zapieczone w tempurze, oraz karnawałowe ravioli.
Z całego zestawu karnawałowe ravioli odznacza się największą dozą szaleństwa. Już samo wyrabianie makaronowego ciasta brzmi, jak bajka z księżyca. Ale prawda jest taka, że przygotowanie ravioli jest proste (tylko trochę czasochłonne), a nic nie zastąpi miny gości, kiedy mówi się “a teraz własnoręcznie lepione ravioli z pieczoną dynią i mascrapone polane masełkiem szałwiowym”. 
Poza tym dobrze kojarzą mi się sobotnie przedpołudnia, kiedy razem z Filipem wałkujemy ciasto i układamy eleganckie porcje farszu, a potem wycinamy absolutnie nierówne i cudownie bezkształtne pierożki.
Przepis odkryłam w początkowej fazie mojego zakochania w dyni, kiedy to z wypiekami na policzkach przeglądałam wszystkie książki kucharskie w domu moim, moich rodziców i znajomych w poszukiwaniu przepisu idealnego. Ten pochodzi z książki kucharskiej cafe 6/12 i zdecydowanie zbliża się do ideału.

więcej →

the ultimate pumpkin cake quest 3

W czasie, kiedy bawiłam się w Izraelu w mojej lodówce wydarzyła się katastrofa. Z niewyjaśnionych powodów, bez ostrzeżenia, wyłączyła się i rozmroziła całkowicie. Podobno zamrażalnik zamienił się w basen, w którym pływały moje drogocenne skarby – zamrożone, a właściwie już rozmrożone – kurki i pojemniki z pieczoną dynią.
Nic się nie udało uratować.
Próbowałam odnowić moje zapasy pieczonej dyni, ale w sklepach zdecydowane braki (sama przed nimi przestrzegałam!). Udało mi się koniec końców kupić ćwiartkę ćwiartki dyni makaronowej. Upiekłam ją (przez godzinę w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni – trzeba piec, aż będzie miękka) i od razu wykorzystałam całość do kolejnego podejścia do ciasta dyniowego. 
Jako, że starczyło jej na jedną szklankę zmniejszyłam proporcje o połowę. Ale wreszcie, nareszcie – sukces! Ciasto, jest pyszne. Mięciutkie (no dobrze, konsystencja nadal jest lepka. Ale ewidentnie ten przepis po prostu tak ma), słodkie, o głębokim korzennym smaku, przełamanym świeżością imbiru. Pycha!

więcej →

the ultimate pumpkin cake quest 2

Zgodnie z radą i sugestią mojej Wiernej Czytelniczki kupiłam formę do pieczenia babki (mistrzowsko doklejona w lewym dolnym rogu zdjęcia). Jak na razie rezultaty są wielce zadawalające. Kolejną zmianą było dodanie pieczonej dyni zamiast startej (użyłam zapasów z zeszłego roku). Trudno stwierdzić czy to pieczona dynia, czy forma – w każdym razie konsystencja wyszła o niebo lepsza. Bez zakalca, ale też niewyschnięta. Teraz tylko pozostało mi dopracowanie składników, bo akurat to ciasto wyszło bardziej jak chleb (pyszne z masłem!), a nie jak korzenno-piernikowo-dyniowe ciasto.

Przede mną kolejne eksperymenty, ale dopiero po powrocie z Izraela!
(a tym, którzy jeszcze nie kupili całej, ogromnej, wielkiej dyni i nie upiekli jej w kawałkach w piekarniku, nie ostudzili, nie zdjęli skórki, nie rozpaćkali, nie zapakowali w pojemniki i nie schowali do zamrażalnika, żeby mieć zapas na cały przyszyły rok do ciast, do sosów i do zup – radzę zrobić to jak najszybciej zanim dynie znikną ze sklepów).

the ultimate pumpkin cake quest

Nie wychodzi mi. Ciasto dyniowe, które na zdjęciach wygląda tak kusząco, jesiennie, piernikowo nie wychodzi mi. To znaczy wychodzi, ale tylko w połowie. Bo smak jest świetny, tylko konsystencja nie taka. Wobec czego rozpoczynam prywatny quest na zrobienie najlepszego ciasta z dyni spełniającego rygorystyczne wymogi smaku i przyjemnej sprężystej konsystencji (żadne lepkie zakalce, choćby nie wiem, jak bardzo były smaczne, mnie nie interesują). Dopuszczam minimalny cień szansy, że z dyni nie da się zrobić innej konsystencji, ale przynajmniej  sprawdzę to doświadczalnie.
Za mną już trzy próby.

nishime i tempeh

Choć wolałabym, żeby nishime i tempeh były nazwami miast w Japonii i, żeby ten post był wpisem z wędrówki przez kolejne japońskie wyspy, to niestety wygląda na to, że do Japonii jeszcze długo, długo nie pojadę, więc na razie towarzyszy mi japońska kuchnia. Nie narzekam, bo to jedna z moich ulubionych. 
Ostatnio odkryłam tempeh, czyli pastę z lekko sfermentowanej soi o orzechowym zapachu i formie grubego salami. Generalnie jest to witaminowo-mineralna bomba i według licznych serwisów internetowych nie powinniśmy jeść nic innego. Tempeh pochodzi z Indonezji (jedyna potrawa z soi, która  nie wywodzi się z Japonii albo Chin! Niby nijak się to ma do moich rozważań o japońskich wyspach, ale ja pierwszy raz tempeh jadłam, jako japońskie danie i tak już mi się będzie zawsze kojarzyło. No może dopóki nie pojadę do Indonezji). W Indonezji podaje się go w liściach bananowca, smaży na woku, gotuje z przyprawami i cukrem palmowym – robi się wszystko to, co z kurczakiem. Bo tempeh idealnie zastępuje mięso. Ale nie chodzi mi o te wszystkie zbawienne skutki dla organizmu albo historyczne ciekawostki, ale o smak. I oto, że jak wczoraj rano go kupiłam to cały dzień cieszyłam się na obiad.
więcej →

Warszawa

Nic się nie dzieje, oprócz tego, że za oknem plucha, zimno i szaro. W taką pogodę nie wychodzi ani zawsze-nie-zawodny-sernik, ani żurawinowe muffinki. Jak wyjdą to może coś napiszę.
Na razie na poprawę humoru kawa prosto z suku w Damaszku. Zmielona przy mnie razem z kardamonem. Pachnie teraz w mojej kuchni, a mi marzą się kolejne podróże, a nie ślęczenie przed ekranem komputera i nabawianie się bólów kręgosłupa. Może przynajmniej z tego ślęczenia jakieś tanie bilety gdzieś, kiedyś. Na razie wirtualnie zwiedziłam Oman, Jemen, Izrael i Indie. I cały czas, nieustannie, bez przerwy wracam do Syrii. Przeglądam zdjęcia, spisuję pamiątki, parzę kawę.