Yorkshire

Jak co roku tydzień wakacji spędziłam w Wielkiej Brytanii. W zeszłym roku była Szkocja i szkockie wyspy w deszczu. W tym roku Yorkshire i Somerset w pięknym słońcu.

Tydzień przyjemności – zaczynając od wylądowania  na lotnisku im. Robin Hooda, przez Stary York, nad którym unosi się zapach czekolady (kto kojarzy York z czekoladą?) i przez piękne doliny parku Dales, i dalej przez Somerset, gdzie na końcu tuneli z żywopłotów (niczym z Alicji w Krainie Czarów) kryją się jednogwiazdkowe puby (!) i gdzie można jeździć konna po wrzosowiskach – nad klifami z widokiem na morze, aż do Londynu (który po prostu zawsze jest fajny).
Trochę zdjęć z wakacji znajdziecie tutaj (Yorkshire) i tutaj (Somerset).

Przemek Skokowski “Autostopem przez życie”

Jak w cztery miesiące przejechać z Polski do Birmy wydając tylko 5500 złotych? Stopem. Świetny pomysł i genialna historia. A czy sama książka jest warta przeczytania (i dlaczego nie każdy musi opisywać swoją podróż na 300 stronach) przeczytacie tutaj.

Przez żołądek do serca

Bangkok. Chwila po dwudziestej. Duszno i wilgotno. Ciemno. Zapach jaśminu przygłusza smród rynsztoku. Głód wygania mnie na ulicę. Od razu trafiam na sprzedawcę pierożków na parze. Za rogiem starsza pani gotuje zwykłą kukurydzę z niezwykłymi sosami – ostra nuta chili stawia na nogi. Wokół mnie wirują patelnie, bucha ogień, migoczą noże. Cała ulica grilluje, gotuje, smaży i piecze. Porcje są nie za duże, ale sycące. Podobno w Bangkoku jest zarejestrowanych dwadzieścia tysięcy ulicznych straganów z jedzeniem. Istne szaleństwo: cienkie wafle ze skrawkami marynowanego mięsa, zupa z dużą ilością kolendry i tajskiej bazylii, makaron usmażony na wielkim woku. A na deser lepki ryż ugotowany w mleku kokosowym podany z lekko kwaśnym zielonym mango. Albo puszyste pączki maczane w skondensowanym mleku i słodkiej paście z liści pandanowca. A ja długo myślałam, że uliczne jedzenie to zapiekanka ze sztucznym serem i dużą ilością pieczarek, której smak ratował tylko ketchup.

 

Tekstem o ulicznym jedzeniu zaczynam cykl felietonów dla Travelera - będę pisać o smakach z całego świata, nietypowych zwyczajach, zaskakujących daniach i radości płynącej z podróżowania i odkrywania.

Ninh Binh i Dong Tam Coc

Pod tą dziwaczną nazwą kryje się jeden z najpiękniejszych widoków, jaki widziałam w całym moim życiu. A nic tego nie zapowiadało. Kiedy na trasie wycieczki po Wietnamie zobaczyłam punkt “spływ tradycyjnymi sampanami po rzece i przepłynięcie przez trzy jaskinie (Dong Tam Coc)”  – pomyślałam, że fajnie i zapomniałam o tym. Po moim przyjeździe do Ninh Binh – miasta na północnym wybrzeżu Wietnamu – zaczęło tak lać, że nawet chciałam sobie odpuścić płynięcie rzeką i oglądanie jaskiń. Tym bardziej, że poprzedniego dnia widziałam już trzy jaskinie w tym jedną siedmiokilometrową, oświetloną maleńkimi latarniami z drewnianymi pomostami przyczepionymi do skały (czułam się, jakbym schodziła w głąb Morii). Na całe szczęście następna dnia rano świeciło słońce. Sampany stały przycumowane w przystani – każdy walczył o klienta. Do środka mieszczą się dwie osoby plus wiosłujący (nogami, którymi wykonuje się ruchy jak do ćwiczenia “rowerek”, a jak się nogi zmęczą to rękoma). Miasto zniknęło za pierwszym zakrętem. Została tylko rzeka, zielone pola ryżowe, i skały zamykające horyzont ze wszystkich stron. Czasem można na nich było dostrzec (i usłyszeć) kozicę. Drogę przecinały nam kacze rodziny. Wietnamki wybierały z bambusowych pułapek ryby. Trzy jaskinie były atrakcyjne (trzeba bardzo uważać na głowę!), ale to rzeka mnie wciągnęła. Nie przeszkadzało mi nawet to, że na końcu czekały kobiety z małym wodnym targiem i zmuszały do kupowania picia dla wiosłujących – “jeśli ty nie chcesz to nic, ale spójrz na nią! Ona tak się zmęczyła, kup jej colę”. Kupiłabym wszystko. To jeden z tych nielicznych momentów, o których pisał Bouvier, w których rzeczywistość się zagęszcza, a świat jest tak piękny, że aż chce ci się krzyczeć. Niewyobrażalne Piękno.

Galerię zdjęć obejrzycie tutaj.

Nurkowanie w Indonezji

Jeśli wybieracie się do Indonezji tutaj znajdziecie informacje o nurkowaniu na Gili i na Nusa Lembongan. To pierwsze znane jest wśród turystów, jako raj na ziemi. Plaża, morze i impreza. Nie do końca tak jest – plaża jest niewielka, w morzu ciężko się kąpać (bo najładniejsza plaża jest w miejscu, gdzie cumują łódki nurkowe, a przy innych średnich plażach pożarły nas w morzu małe robaczki plus był odpływ i nie dało się pływać), imprezy akurat mnie nie interesowały. Za to nurki, jak najbardziej. To, co widziałam było piękne, ale nie zachwycające.

Natomiast Nusa zdobyła od razu moje serce. W  życiu nie widziałam tylu ryb. Do tego nurkowałam z mantami i zrobiłam najlepszy dotychczas nurek jeśli chodzi o fascynujące mnie mikrożyjątka – morskie ślimaki w neonowych kolorach, mikroskopijne kraby z pomarańczowymi włosami na ciele, mikro przezroczyste krewetki, ryby skorpiony i ryby kamienie. W sezonie można tu zobaczyć mola mola, czyli sun fish (po polsku samogłów, ale ta nazwa nie oddaje piękna tej ryby). To jedna z najbardziej majestatycznych ryb morskich, widziałam ją w akwarium w Lizbonie. Jak dla mnie spotkanie z prehistorią. Żałuję trochę, że jej nie widziałam na Nusa Lembongan, ale mam powód, żeby wrócić tam w sezonie.

Nusa ma silne prądy, nie jest odpowiednia dla początkujących nurków.  Ale ja nurkowałam do tej pory 30 razy i dobrze sobie radziłam.

Małpy w kąpieli!

Stado liczące 160 małp codziennie rano schodzi z gór, żeby spędzić czas przy gorących źródłach. W śniegu szukają jedzenia, siadają na kamieniach i się iskają. No i kapią się w basenie. Nic sobie nie robią z obecności ludzi, a zarząd parku bardzo pilnuje, żeby ich nie dokarmiać, nie straszyć i do nich nie mówić („Nie mów do małp, nie rozumieją twojego języka, twoje zachowanie mogą potraktować jako wrogie” obwieszcza napis na tablicy).

W gorących źródłach można je zobaczyć tylko w zimie. Wchodzą, żeby się ogrzać. W lecie, pracownicy parku podobno kładą banany na kamieniach, żeby zachęcić je do kąpania się we wrzątku.

 

Więcej zdjęć zobaczycie w galerii.

3/11

O 14:46 zatrzęsła się ziemia.

Rzucało mną na boki, ale tutaj to normalne.Przez piętnaście lat zdążyłem się przyzwyczaić. Byłem w pracy, na ósmym piętrze wieżowca, podobno ósme i dziewiąte piętro są najgorsze. Stukałem dalej w klawiaturę, obok mnie siedzieli współpracownicy, nie ma nas wielu, kilka osób, wszyscy Brytyjczycy.

Trzęsło coraz bardziej. Dłużej i mocniej niż zwykle. Stanęliśmy w drzwiach, nie pytaj czemu, wiem, że powinniśmy byli schować się pod biurko.

To były najdłuższe dwie minuty mojego życia.

Kiedy ziemia się zatrzymała, zbiegliśmy więcej →

Gili gili

Gili. Trzy maleńkie wyspy.  Na mapie wyglądają jak zielone kropelki zawieszone nad północno-zachodnim brzegiem większej wyspy Lombok. Przez wszystkie przewodniki opisywane są jako raj na ziemi. Krystaliczne wody, białe plaże, zielona dżungla. Nie ma samochodów tylko rowery i konne dorożki. Całoroczny ogród z dziki kwiatami i trelem ptaków wśród gałęzi. A do tego rafa – bajecznie kolorowa, pełna egzotycznych ryb z błyszczącymi łuskami. Woda jest ciepła, jak zupa – nawet nie trzeba zakładać pianki.

Niby prawda. Tak właśnie jest. Zielono, niebiesko i biało. Dlaczego nie było tak wesoło jak sugerowałaby (przynajmniej po polsku) wesołe nazwy wysp? Dlaczego mi się po prostu nie podobało?

Bo na głównym deptaku więcej →

Wiem, że jestem w Azji

Niebo jest zasnute chmurami, powietrze wilgotne i ciężkie. Zanosi się na deszcz, ale od dwóch dni nie chce zacząć padać. Trzydzieści stopni w cieniu.
Wiem, że jestem w Azji.
Do portu w Panangbai podrzucił nas Made. Próbowałam patrzeć na mijane wioski, w których zza pomarańczowych murów wystawały ozdobne dachy domowych świątyń, próbowałam rozmawiać z Made o polityce, uprawie ryżu i życiu na Bali, ale w pewnym momencie nie mogłam już dłużej ze sobą walczyć. Usnęłam na tylnym siedzeniu samochodu i obudziłam się dopiero, kiedy Made pytał kogoś, gdzie tu można kupić bilety na prom na wyspy Gili.
Od razu pojawili się sprzedawcy, którzy zaprowadzili nas do biura i sprzedali bilety na najbliższy prom. Trzysta tysięcy rupii – nieźle, jak na wodolot. Dopiero po zjedzeniu prażonych bananów i wypiciu butelki wody zaczęło do nas docierać, że więcej →

Tom Yam

Pomyślałam, że na polskie mrozy przyda się trochę słońca z Tajlandii. Egzotyka, która na chwilę zmieni waszą w kuchnię w królestwo plaży i morza. Najlepszy będzie przepis na rozgrzanie się i ogrzanie się – tajska zupa Tom Yam – czyli coś w stylu naszego rosołu tylko z trochę innymi przyprawami.
Najlepiej oczywiście korzystać ze świeżych (bądź mrożonych składników). Jeśli w waszej okolicy nie ma sklepu z azjatyckimi warzywami albo przynajmniej sklepu, w którym dostaniecie suszone przyprawy – zupa straci na egzotycznym smaku. Co nie znaczy, że nie możecie spróbować pokombinować z tym, co jest dostępne. Na pewno imbir dodany do wywaru nada przyjemnej ostrości. Chili zmieni zwykłą zupę w danie z twistem, a mleko kokosowe zapewni słodkawy smak.
Zupa robi się sama. Najwięcej czasu zajmuje krojenie składników (świetna rozgrzewka po chodzeniu po mrozie).

Przepis na dwie duże porcje.
Na wywar potrzebujemy:
Pół litra wody,
5 cm galangal – korzenia podobnego do imbiru, ale jaśniejszego w kolorze i delikatniejszego w smaku,
5cm świeżego korzenia kurkumy (warto kroić w rękawiczkach, bo korzeń zostawia pomarańczowe plamy na rękach),
2-3 trawy cytrynowe (rozgniecione tłuczkiem od moździerza albo płaską stroną noża i pokrojone na małe kawałki),
czosnek według uznania,
Łyżkę pasty tamaryndowej (opcjonalnie. Jeśli używamy mleka kokosowego to nie używamy pasty),
liście kaffir lime (z usuniętym rdzeniem) – w Polsce można je dostać mrożone albo suszone. Trudno zastąpić je czymś innym. Całości nadają lekko cytrynowy posmak, ale nie wystarczy wkroplenie cytryny (tym bardziej, że jeśli używamy mleka kokosowego może się zważyć),
małą papryczkę chili (im mniejsza tym ostrzejsza) przekrojona na pół,
słodką pastę chili,
Kostkę rosołowa (jeśli nie macie czasu na wywar).
Oprócz tego użyjemy: pastę rybną, ewentualnie mleko kokosowe, dymkę. A także do wyboru: krewetki, kurczaka, tofu i warzywa, na które akurat mamy ochotę (albo, które mamy pod ręką).

Wodę wstawiamy na ogień. Pastę tamarydnową wkładamy do wody, czekamy aż się rozpuści. Dodajemy resztę składników. Gotujemy koło dziesięciu minut (aż zacznie pachnieć) i wyjmujemy wszystkie korzenie i liście z zupy. Normalnie tego się nie robi, ale potem w zupie lądują niejadalne części i połowę czasu traci się na odcedzanie tego, co chcemy zjeść od tego, czego zjeść się nie da. Dlatego lepiej ułatwić sobie życie już na tym etapie.
Jeśli używacie mleka kokosowego (a to moja ukochana wersja tej zupy – kokos łagodzi ostrość chili, ale też uspokaja i rozleniwia – w sam raz na mroźny zimowy wieczór) to dodajcie je w tym momencie (pół na pół z wodą).
Teraz czas na dodawanie tego, na co tylko macie ochotę: grzyby, pomidory, cebule, dynie, małe kukurydze, krewetki, tofu, kapustę, kurczaka. Wszystko drobno pokrojone. Jako pierwsze wrzucacie mięso i najtwardsze warzywa. Jako ostatnie – pomidory.
Kiedy zupa się zagotuje dodajcie łyżeczkę sosu rybnego. Możecie udekorować dymką.
Smacznego.