Gili gili

Gili. Trzy maleńkie wyspy.  Na mapie wyglądają jak zielone kropelki zawieszone nad północno-zachodnim brzegiem większej wyspy Lombok. Przez wszystkie przewodniki opisywane są jako raj na ziemi. Krystaliczne wody, białe plaże, zielona dżungla. Nie ma samochodów tylko rowery i konne dorożki. Całoroczny ogród z dziki kwiatami i trelem ptaków wśród gałęzi. A do tego rafa – bajecznie kolorowa, pełna egzotycznych ryb z błyszczącymi łuskami. Woda jest ciepła, jak zupa – nawet nie trzeba zakładać pianki.

Niby prawda. Tak właśnie jest. Zielono, niebiesko i biało. Dlaczego nie było tak wesoło jak sugerowałaby (przynajmniej po polsku) wesołe nazwy wysp? Dlaczego mi się po prostu nie podobało?

Bo na głównym deptaku tłum białych. Bo plaża to długi i wąski pas wbijających się w stopy koralowców. W dodatku wzdłuż całego brzegu cumują łódki – nie da rady pływać, tak gęsto jest od lin. Bo w sklepach te same sukienki, co na ulicach w Bangkoku i na plażach na Filipinach. Bo na śniadanie zamiast bubuh injin, słodkiego puddingu z czarnego ryżu i mleka kokoswego, dostajemy globalny banana pancake. Bo wszędzie reklamy – wypij trzy, czwarte dostaniesz gratis. Bo każdy nas pyta – przyjechaliście na fool moon party, prawda? Narkotyki, alkohol, seks i zabawa. Bo tak naprawdę równie dobrze moglibyśmy być w każdej innej części świata przygotowanej na potrzeby backpackersów – czy w Belize, czy w Tajlandii, czy w Indonezji – wszystko wygląda tak samo. Zestandaryzowane wyobrażenie zachodu o egzotyce. Jedynym lokalnym kolorytem jest poranne nawoływanie do modlitwy – co o piątej rano denerwuje zmęczonych imprezą turystów.

Jeszcze jedna rzecz mnie uwierała. Poza sezonem ceny za domki z drewna, z łóżkami z baldachimem, świeżymi kwiatami ułożonymi na poduszkach, prywatną łazienką na świeżym powietrzu (z małym wewnętrznym ogrodem i kamykami wysypanymi pod prysznicem), basenem, wi-fi, śniadaniem w cenie i niekończącymi się dolewkami kawy – kosztowało 19 dolarów. Każdy hotel oferuje ten sam standard (plus kilka oferuje znacznie wyższy, w cenie 60 dolarów), każdy dają tak samo śmiesznie niską cenę. Ozdobne drewniane bramy kryją rajskie ogrody. Można zerknąć co chowa się za murem. A w przerwach między murami odgradzającymi jedne hotele od drugich domki ze słomy. Niedokończone pokoje z betonu,  otwarte przestrzenie, w których ludzie śpią na  podłodze. Każdy może zajrzeć. Hotele w znacznej większości należą do białych, którzy na Gili zainwestowali.

Ale nie uwierała mnie na tyle, żeby coś z tym zrobić. Zostałam po okazyjnej cenie na cały tydzień. Zdążyłam wychodzić swoje ścieżki i małe rytuały. Jak poranna rozmowa z Alipem, który podając mi śniadanie opowiadał w jakim jest nastroju i jaki obraz namaluje. Albo jak codzienna nauka jednego słowa od Made – sklepikarza – u którego zawsze kupowaliśmy herbaty. Uśmiech starszej pani, u której codziennie kupowałam smażone banany na lunch i która nie rozumiała pytania o imię. Oczywiście nurkowałam (co zawsze zmienia sposób widzenia okolicy), próbowałam znaleźć ustronne miejsce do plażowania, na nocnym targu jadłam ryż ze sfermentowaną soją i szaszłyki z krewetek.

A na sam koniec, kiedy już czekaliśmy w przystani na łódkę płynącą na Lombok wyszło słońce. Podróżujemy w porze deszczowej, raczej towarzyszą nam chmury i burze. A tu Gili nabrało nowego blasku. Aż chciałam oddać bilet i wrócić do Alipa, wejść jeszcze raz do sklepu Made, porozmawiać z Rozipem o tym, co widzieliśmy podczas nurkowania. Chyba nie tylko słońce zmieniło oblicze Gili.

A wy po co podróżujecie?

Skomentuj