Ninh Binh i Dong Tam Coc

Pod tą dziwaczną nazwą kryje się jeden z najpiękniejszych widoków, jaki widziałam w całym moim życiu. A nic tego nie zapowiadało. Kiedy na trasie wycieczki po Wietnamie zobaczyłam punkt “spływ tradycyjnymi sampanami po rzece i przepłynięcie przez trzy jaskinie (Dong Tam Coc)”  – pomyślałam, że fajnie i zapomniałam o tym. Po moim przyjeździe do Ninh Binh – miasta na północnym wybrzeżu Wietnamu – zaczęło tak lać, że nawet chciałam sobie odpuścić płynięcie rzeką i oglądanie jaskiń. Tym bardziej, że poprzedniego dnia widziałam już trzy jaskinie w tym jedną siedmiokilometrową, oświetloną maleńkimi latarniami z drewnianymi pomostami przyczepionymi do skały (czułam się, jakbym schodziła w głąb Morii). Na całe szczęście następna dnia rano świeciło słońce. Sampany stały przycumowane w przystani – każdy walczył o klienta. Do środka mieszczą się dwie osoby plus wiosłujący (nogami, którymi wykonuje się ruchy jak do ćwiczenia “rowerek”, a jak się nogi zmęczą to rękoma). Miasto zniknęło za pierwszym zakrętem. Została tylko rzeka, zielone pola ryżowe, i skały zamykające horyzont ze wszystkich stron. Czasem można na nich było dostrzec (i usłyszeć) kozicę. Drogę przecinały nam kacze rodziny. Wietnamki wybierały z bambusowych pułapek ryby. Trzy jaskinie były atrakcyjne (trzeba bardzo uważać na głowę!), ale to rzeka mnie wciągnęła. Nie przeszkadzało mi nawet to, że na końcu czekały kobiety z małym wodnym targiem i zmuszały do kupowania picia dla wiosłujących – “jeśli ty nie chcesz to nic, ale spójrz na nią! Ona tak się zmęczyła, kup jej colę”. Kupiłabym wszystko. To jeden z tych nielicznych momentów, o których pisał Bouvier, w których rzeczywistość się zagęszcza, a świat jest tak piękny, że aż chce ci się krzyczeć. Niewyobrażalne Piękno.

Galerię zdjęć obejrzycie tutaj.

Skomentuj