sezon na muszelki

Teoretycznie styczeń to jeden z najlepszych momentów, na odwiedzenie Tajlandii. Jest ciepło ale nie gorąco. Ani za sucho, ani za wilgotno. Słońce świeci, deszcz nie pada. Morze jest spokojne i ma kolor z folderu reklamowego. Szczyt sezonu.

Dlatego, kiedy zakładałam na siebie kolejne warstwy ubrań, przeklinając, że nie wzięłam polara, i kiedy na drewnianym tarasie przy chatkach, w których mieszkam, montowano specjalne osłony od wiatru – wszyscy cały czas powtarzali: dzieje się coś dziwnego, przecież to szczyt sezonu. A tu leje i wieje. I jest zimno. I morze tak wzburzone, brunatne, falujące, że pływać się nie nawet, jakby bardzo się chciało.

Więc choć w sezonie to jednak poza sezonem. Tym bardziej, że wielu turystów – słuchając wiadomości z Bangkoku i patrząc prognozę pogody – odwołało przyjazd. Jest cicho i pusto. Tak, jak lubię najbardziej. Rano całą plażę (jeśli akurat nie zalewa jej przypływ) mam dla siebie. Biegam i podziwiam to, co morze wyrzuciło na brzeg. Buteleczki, kokosy, buty, kawałki styropianu – wszystko obrośnięte muszelkami. Rzeczy nabierają nowej formy. To ewidentnie jest sezon na muszelki.

Więcej zdjęć zobaczycie tutaj.

5 Comments

Skomentuj