Tom Yam

Pomyślałam, że na polskie mrozy przyda się trochę słońca z Tajlandii. Egzotyka, która na chwilę zmieni waszą w kuchnię w królestwo plaży i morza. Najlepszy będzie przepis na rozgrzanie się i ogrzanie się – tajska zupa Tom Yam – czyli coś w stylu naszego rosołu tylko z trochę innymi przyprawami.
Najlepiej oczywiście korzystać ze świeżych (bądź mrożonych składników). Jeśli w waszej okolicy nie ma sklepu z azjatyckimi warzywami albo przynajmniej sklepu, w którym dostaniecie suszone przyprawy – zupa straci na egzotycznym smaku. Co nie znaczy, że nie możecie spróbować pokombinować z tym, co jest dostępne. Na pewno imbir dodany do wywaru nada przyjemnej ostrości. Chili zmieni zwykłą zupę w danie z twistem, a mleko kokosowe zapewni słodkawy smak.
Zupa robi się sama. Najwięcej czasu zajmuje krojenie składników (świetna rozgrzewka po chodzeniu po mrozie).

Przepis na dwie duże porcje.
Na wywar potrzebujemy:
Pół litra wody,
5 cm galangal – korzenia podobnego do imbiru, ale jaśniejszego w kolorze i delikatniejszego w smaku,
5cm świeżego korzenia kurkumy (warto kroić w rękawiczkach, bo korzeń zostawia pomarańczowe plamy na rękach),
2-3 trawy cytrynowe (rozgniecione tłuczkiem od moździerza albo płaską stroną noża i pokrojone na małe kawałki),
czosnek według uznania,
Łyżkę pasty tamaryndowej (opcjonalnie. Jeśli używamy mleka kokosowego to nie używamy pasty),
liście kaffir lime (z usuniętym rdzeniem) – w Polsce można je dostać mrożone albo suszone. Trudno zastąpić je czymś innym. Całości nadają lekko cytrynowy posmak, ale nie wystarczy wkroplenie cytryny (tym bardziej, że jeśli używamy mleka kokosowego może się zważyć),
małą papryczkę chili (im mniejsza tym ostrzejsza) przekrojona na pół,
słodką pastę chili,
Kostkę rosołowa (jeśli nie macie czasu na wywar).
Oprócz tego użyjemy: pastę rybną, ewentualnie mleko kokosowe, dymkę. A także do wyboru: krewetki, kurczaka, tofu i warzywa, na które akurat mamy ochotę (albo, które mamy pod ręką).

Wodę wstawiamy na ogień. Pastę tamarydnową wkładamy do wody, czekamy aż się rozpuści. Dodajemy resztę składników. Gotujemy koło dziesięciu minut (aż zacznie pachnieć) i wyjmujemy wszystkie korzenie i liście z zupy. Normalnie tego się nie robi, ale potem w zupie lądują niejadalne części i połowę czasu traci się na odcedzanie tego, co chcemy zjeść od tego, czego zjeść się nie da. Dlatego lepiej ułatwić sobie życie już na tym etapie.
Jeśli używacie mleka kokosowego (a to moja ukochana wersja tej zupy – kokos łagodzi ostrość chili, ale też uspokaja i rozleniwia – w sam raz na mroźny zimowy wieczór) to dodajcie je w tym momencie (pół na pół z wodą).
Teraz czas na dodawanie tego, na co tylko macie ochotę: grzyby, pomidory, cebule, dynie, małe kukurydze, krewetki, tofu, kapustę, kurczaka. Wszystko drobno pokrojone. Jako pierwsze wrzucacie mięso i najtwardsze warzywa. Jako ostatnie – pomidory.
Kiedy zupa się zagotuje dodajcie łyżeczkę sosu rybnego. Możecie udekorować dymką.
Smacznego.

Skomentuj