Wiem, że jestem w Azji

Niebo jest zasnute chmurami, powietrze wilgotne i ciężkie. Zanosi się na deszcz, ale od dwóch dni nie chce zacząć padać. Trzydzieści stopni w cieniu.
Wiem, że jestem w Azji.
Do portu w Panangbai podrzucił nas Made. Próbowałam patrzeć na mijane wioski, w których zza pomarańczowych murów wystawały ozdobne dachy domowych świątyń, próbowałam rozmawiać z Made o polityce, uprawie ryżu i życiu na Bali, ale w pewnym momencie nie mogłam już dłużej ze sobą walczyć. Usnęłam na tylnym siedzeniu samochodu i obudziłam się dopiero, kiedy Made pytał kogoś, gdzie tu można kupić bilety na prom na wyspy Gili.
Od razu pojawili się sprzedawcy, którzy zaprowadzili nas do biura i sprzedali bilety na najbliższy prom. Trzysta tysięcy rupii – nieźle, jak na wodolot. Dopiero po zjedzeniu prażonych bananów i wypiciu butelki wody zaczęło do nas docierać, że kupiliśmy bilety na publiczny prom płynący na Lombok. Prom płynie pięć godzin, bilet kosztuje trzydzieści tysięcy rupii. Nic to, pocieszaliśmy się. Zapłaciliśmy za dojazd na Gili, przynajmniej nie będziemy martwić się o transport, kiedy dopłyniemy na Lombok. Turystyczne frycowe dnia pierwszego.
Na promie były nawet materace, na których można się było wyciągnąć za dodatkową opłatą. Zwinęliśmy się w kłębek na fotelach tuż pod ekranem telewizora, z którego leciała typowa dla Azji mieszanka diskofolku (im głośniej tym lepiej, im wyżej tym piękniej, im więcej hałasu tym kunsztowniej) i usnęliśmy na cztery godziny.
W porcie czekał na nas Oji w żółtej koszulce. Przywitał się i oznajmił:
„Witajcie. Dziś zawiozę wad do hotelu w Senggigi na Lombok, a jutro o 8:30 rano odbiorę was z hotelu i zawiozę na prom na Gili”.
Okazuje się, że zawijasy na bilecie oznaczają stop over w Senggigi, o którym nikt nam nie wspomniał podczas sprzedaży biletu. Ostatnia łódka odpłynęła dwie godziny temu. Teraz nikt nie płynie. No chyba, że wykupimy pakiet nurkowań na Gili i oni nas przewiozą motorówką jeszcze tej samej nocy.
Pierwsza reakcja – typowo europejska. Jak to? Przecież zapłaciliśmy za dojazd na Gili dzisiaj. Przecież mamy zarezerwowany hotel. Zostaliśmy oszukani. Ktoś za to zapłaci. Jak tak można! Kto to widział!?!?
Druga reakcja – no tak, przynajmniej teraz mam pewność, że jestem w Azji. Jak zwykle ktoś mnie naciąga, oszukuje, nie informuje, wykorzystuje moją naiwność i nieznajomość języka.
Trzecia reakcja – hej, jestem w Azji! Mogę krzyczeć, rwać włosy z głowy, dzwonić do firmy, która nas oszukała, mogę grozić policją. Tylko, co mi z tego przyjdzie? Bo równie dobrze mogę zgodzić się, żeby Oji zawiózł nas do Senggigi, znaleźć tam tani pokój z wiatrakiem i wyjść na spacer po nadmorskim miasteczku. Usiąść na kolację w warung – przydrożnej indonezyjskiej knajpie, przestraszyć się modliszki (zajęła krzesło, na którym chciałam usiąść, a kiedy próbowałam ją przegonić groźnie boksowała powietrze przednimi kończynami), nauczyć się nowego słowa (terima kasih – dziękuję), wreszcie spróbować tempeh na sposób indonezyjski (w tempurze), a na koniec dnia usnąć do cichego szumu wiatraka (dużo śpię). Zdążyłam o tym zapomnieć, ale przecież właśnie tak to tutaj wygląda. Lepiej przyjmować to, co jest. Jeszcze wyniknie z tego coś dobrego. Przecież jestem w Azji.

Skomentuj