Jakiś czas temu Bartek Sabela przeczytał w gazecie krótką notkę o skutkach uprawy bawełny w Uzbekistanie. Zainspirowało go to do podróży, na końcu której odkryje co zostało z morza Aralskiego – kiedyś czwartego co do wielkości jeziora na ziemi.

Zabiera nas w podróż po kraju-atrapie, gdzie życie kryje się za lśniącą fasadą. Kraju, w którym bogactwem były ryby ale podczas zimnej wojny Chruszczow zdecydował, że będzie na uzbeckiej pustyni sadzić bawełnę – żeby prześcignąć Stany. Kraju, który przez setki lat nie istniał, pomimo tego, że przez jego teren prowadził jedwabny szlak. Historia jest tu tylko tłem do opisu samej podróży. Sabela, jak sam przyznaje, do tej pory jeździł się wspinać: to chyba jego pierwsza podróż z plecakiem, w którym zamiast raków jest Lonely Planet (co autor zresztą potrafi dobrze skomentować). Książka świetnie oddaje pierwsze zetknięcie ze światem Azji: jej inną logiką, odmiennym spojrzeniem na świat, które może  prowadzić do nieporozumień, ale które równie dobrze może pozwolić odkryć coś nowego, ciekawego, jakiś mały podróżniczy skarb. Od początku wiemy, że morze znika. Że przez kanały nawadniające pola bawełny wyschło 4/5 powierzchni jeziora (z czwartego miejsca pod względem powierzchni spadło na szesnaste). Że, kiedyś pełne życia, wioski rybackie dziś stoją na pustyni, a kutry brzuchami rysują piasek. Ale czytamy, bo chcemy wiedzieć, jak to się stało. I czy to się “odstanie”? Na samym końcu autor zdradza jeszcze jedną tajemnicę morza Aralskiego – o niej samej można by napisać oddzielną książkę.

Bardzo dużo w tej książce zdjęć, ale największe wrażenie i tak robią zdjęcia satelitarne sprzed pięćdziesięciu lat porównane z tymi sprzed roku. Ludzka pazerność naprawdę nie zna granic.

Oprócz samej historii morza interesowało mnie, jak architekt będzie opisywał architekturę. Nie rozczarowałam się –  opisy miast i ich zabudowy są bardzo plastyczne, od razu budują w głowie obraz miejsca. Kiedy czytam o zachodzie słońca nad glinianą Chiwą, czuję że to ja siedzę na rozgrzanych murach i patrzę, jak pustynia zamienia się w złoto. Dużo tu wrażliwości na szczegóły i detale – nie tylko w architekturze.

Sabela ma lekkie pióro: książkę dobrze się czyta (i nawet powtórzenia całych tematów i opisów obrazów aż tak bardzo nie przeszkadzają). Dużo tu też szczerości i dystansu do samego siebie. Ale największe wrażenie zrobiła na mnie właśnie wrażliwość autora. Wyczulenie na to, co kryje się pod spodem, na nierówność, na sztuczność. I spostrzegawcze oko, które prowadzi za mury.

Jedyne czego brakuje to więcej rozmów z ludźmi. Autor od początku podkreśla, że nie mówi po rosyjsku (choć to się zmienia z każdym dniem), więc rozmowy są sporadyczne, przypadkowe.  Ale gdyby znalazło się trochę więcej głosów odnośnie samego Arala to książka byłaby jeszcze silniejsza. Aż się prosi, żeby zrobić z tego tematu książkę reporterską.