Boli mnie ta książka.
Tym bardziej, że mogła być całkiem ciekawa (i miejscami jest), bo autor spędził w Indiach dużo czasu wśród hinduskich przyjaciół. Mieszkał u nich w domu, poznawał ich zwyczaje i codzienność. O wszystkie niezrozumiałe zachowania mógł po prostu zapytać i dowiedzieć się czegoś z pierwszej ręki, a nie z przewodnika po Indiach, albo od przewodnika, który opowiada niestworzone historie, żeby zadowolić ciekawość turystów, a Indiom nadać jeszcze więcej niezwykłości.
To czemu boli? Bo to stracona szansa na dobrą książkę. Przeczytałam ją całą choć tysiąc razy chciałam rzucić nią o ścianę i nigdy więcej nie podnieść (pierwszą część planu wykonywałam, drugiej już nie – zawsze podnosiłam, żeby doczytać i zrozumieć, co mnie tak denerwuje). Mój egzemplarz cały jest popisany, pomazany i podziurawiony (przydaje się lektura z mocno naostrzonym ołówkiem w ręku). Ale do rzeczy.
Po pierwsze denerwuje mnie to, że książka wygląda tak, jakby ani autor, ani redaktor nie przeczytali jej przed drukiem. Pojawiają się nieustanne powtórzenia, i to nie tylko w warstwie słownej, ale też w opisie akcji. Te same historie są opowiadane po dwa razy na przestrzeni dziesięciu stron. Historie te też są często za długie, nużące, brakuje im tempa (opowieść o obchodach święta Holi – która przecież mogłaby być naprawdę interesująca – cały czas zaczyna się i zaczyna i zaczyna i zaczyna i zaczyna, prawie co akapit pada zdanie, że “zabawa się rozkręca” a potem nagle znienacka się kończy). Wykreślenie 40% zdań dobrze by tej książce zrobiło. A z drugiej strony, kiedy autor pisze, jak to cudownie dyskutuje mu się z przyjaciółmi o “sztuce, filozofii, poezji, muzyce, teatrze, kinie, życiu” to nie pokazuje tych dyskusji. Możemy dowiedzieć się, że autor jest fajny, ale w jaki sposób – to już nie zostało pokazane. “Jak zwykle dyskutujemy o sztuce. Sztuce Indii oczywiście. Zagłębieni w tej intelektualnej biesiadzie oderwaliśmy się zupełnie od rzeczywistości”.
Z tą fajnością autora też mam problem. Nie podobają mi się próby urozmaicenia tekstu śmiesznymi wtrętami typu “Myśleli, że poradzą sobie z dość potężnym chłopem, którego przodkowie przecie pod Grunwaldem Niemca pokonali?”. Grunwald, Niemcy i przodkowie pojawiają się niestety nie raz. Nie podoba mi się też nieustanne pisanie o sobie, ja, ja, ja. Ja jestem fajny, bo szanuję wasze tradycje i jem rękoma. Ja jestem jeszcze fajniejszy, bo nosze tradycyjne stroje (o nie, nie dlatego, że chcę się przypodobać, tylko dlatego, że są taaaaaaaaaaakie wygodne). Ja jestem jeszcze, jeszcze fajniejszy, bo nie poddaję się histerii i zęby myję wodą z kranu, w której może i jest ameba, ale ja żadnej nie złapałem (ja też nie złapałam, ale po dwóch miesiącach miałam trzy dziury w zębach). Nie chodzi o to, że te rzeczy nie są fajne ale o nutkę wyższości, którą (może niesłusznie) wyczuwam w tym tekście. A stwierdzenie “wszystko dzieje się tak samo jak u nas, w Polsce” przy opisie codziennego życia hinduskiej rodziny, u której Jarosław Kret mieszkał (śmieciarz wchodzący do domu, żeby wynieść pełne worki, sprzątaczka do mycia naczyń i gotowania, sprzedawca warzyw podchodzący pod drzwi, żeby przynieść zamówienie zrobione poprzedniego dnia, chłopak, co rano myjący samochód pana domu  na błysk – doprawdy, wszystko, jak w Polsce) jest – moim zdaniem – nie na miejscu.
Dużo tu jest pustych słów, które niewiele znaczą, są tylko zapisem, a nie obrazem. Dużo też tanich chwytów w stylu “świat nauczył mnie jednego – wszystko wszędzie płynie własnym rytmem. Obok bogatych są biedni, obok pięknych brzydcy, obok chorych zdrowi, obok szarych kolorowi. Tak jest, tak było i tak będzie. To już wiedziałem. Nie miałem jednak pojęcia, że wiedzą to Indie”. Kilka innych krajów też to wie, i  to, że na świecie jest pełno kontrastów nie jest wielkim odkryciem. Wystarczy przejść się po ulicach Warszawy. Tu też są biedni i bogaci, szarzy i kolorowi.
A poza tym to Kret znalazł ciekawe tematy – o Hidźra, czyli kaście eunuchów i transwestytów, o sposobach przemieszczania się w Indiach, o świątecznych tradycjach i o świętych krowach. W częściach, gdzie skupiał się na Indiach, a nie na sobie, mam znacznie mniej skreśleń, podkreśleń, wykrzykników i dziur od ołówka. To są naprawdę interesujące rzeczy, szkoda, że podane w mało strawny sposób.
Plusem jest to, że książkę czyta się w miarę szybko.