O Rosji wiem naprawdę niewiele. Tyle, co z Hugo Badera, który w piękny sposób mitologizuje Rosję. I z lekcji historii, która z naszego punktu widzenia, przychylna Rosji nie jest. Z głupich dowcipów i licznych stereotypów.

Tym bardziej dużą przyjemność sprawiła mi książka Jastrzębskiego. Napisana potoczyście, gładko i płynnie (choć nie zawsze równo) – czyta się ją dosłownie chwilę. Dużo tu wciągających obrazów – możemy prawie poczuć zapach tytoniu nabitego do fajki podczas wieczornej rozmowy w ogrodzie; możemy usłyszeć śpiew kalekiego żołnierza w moskiewskim metrze. Jastrzębski tworzy spójnych bohaterów, którzy otwierają przed nami kolejne matrioszki. Końca nie widać. Jest tu wszystkiego po trochu, i –  jak sam autor przyznaje – raczej dochodzi to do poziomu drugiej matrioszki a nie do poziomu rosyjskiej duszy. Ale dla mnie to nie jest wada. Dostaję książkę, która zarysowuje tematy, przybliża to, co nieznane – czasem tylko w jednym akapicie. Jest tu i o różnorodności ruskich kultur i o jedzeniu i o polityce i o religii i o Polakach i o różnicy między słowem rosyjski a ruski, i o historii i o diamentach i o planowanej wyprawie na Marsa.

Wciągający zarys tego, co może nas w Rosji spotkać. Aż chce się tam (wreszcie) jechać.