Kambodża i jej niedawna mroczna historia interesuje mnie już od jakiegoś czasu. Czytałam Bramę, widziałam S-21, chodziłam po polach śmierci. Uśmiech Pol Pota to kolejny fragment ? bardzo istotny fragment ? tej niekończącej się układanki.

Idling wyrusza tropem wycieczki czwórki Szwedów, którzy w 1978 wyjechali z delegacją do Demokratycznej Kampuczy. Młodzi, oburzeni postawą Ameryki, przepełnieni socjalistycznymi marzeniami, jeżdżą po wioskach, rozmawiają, zwiedzają, oglądają, fotografują. Z ich relacji, z ich zdjęć, z ich opisów wyłania się obraz zielonego kraju, w którym wszyscy ciężko pracują na rzecz lepszego jutra. Z radością, z poczuciem wypełniania wspólnej misji. Nie ma tu nierówności, dyskryminacji, sztucznych podziałów. Mijani wieśniacy machają, pozdrawiają. Nie widać w nich uniżenia, poddańczości wobec dygnitarzy opiekujących się delegacją. Pol Pot częstuje wystawnymi kolacjami, serdecznie się śmieje i zagaduje po francusku.Jak to możliwe? Jak to możliwe, że czwórka inteligentnych przecież ludzi dała się ponieść, uwieść, zwieść? Do tego stopnia, że kiedy wrócili do Szwecji z mocą przeciwstawiali się historiom kambodżańskich uciekinierów? Z zapałem opisywali powstawanie nowego, lepszego świata?
Idling, który przez ostatnie kilka lat pracował w Kambodży, zna realia kraju próbującego zrozumieć, co się tak naprawdę stało trzydzieści lat temu. On też próbuje zrozumieć jak coś takiego było możliwe. Jak w państwie, w którym funkcjonowały obozy śmierci, w którym zastraszeni ludzie nie mogli ufać nawet własnym przyjaciołom, rodzicom, dzieciom, można było przedstawić tak radosną szopkę bez ani jednej wpadki? Jak Szwedzi mogli w to uwierzyć? Jak w ogóle mogło dojść do tego, że w XX wieku, po Holocauście, pod nosem puszących się dbałością o przestrzeganie praw człowieka narodów, wymordowano półtora miliona obywateli siedmiomilionowego państwa? I na te wszystkie pytania nie daje łatwej, kojącej odpowiedzi. Byłoby lepiej, prościej, wygodniej gdyby można było powiedzieć: to Pol Pot. Albo: to komunizm. Albo: to Stany. Albo: to studia we Francji. Albo: to Chiny. Ale tak naprawdę nie można wskazać żadnego winowajcy i to jest niepokojące. Bo głównym winowajcą jest zwykły splot przypadków, który doprowadził do rzeczy absolutnie nie zwykłej, koszmarnej, brutalnej, głupiej i bezsensownej. Jaką mamy pewność, że ten czy inny splot nigdy więcej się nie wydarzy?