To właściwie nie jest książka i w kategoriach książek nie powinna być rozpatrywana. To krótki zapis wielkiego wyczynu. A przy okazji bardzo dokładny wgląd w to, jak myśli inny. I tak na ten zapis patrzę: jako na spotkanie z innym. Z innego środowiska, z innego światopoglądu, z innymi ambicjami, z innymi motywacjami, z innym podejściem do życia.

Tekst robi wrażenie – nie stylistyczne i nie dramaturgiczne. Właściwsze byłoby powiedzieć, że to opisany wyczyn robi wrażenie. Piotr Kuryło – ultramaratończyk – postanowił, że w swój ostatni bieg (obiecał rodzinie, że skończy z długodługodługodystansowym bieganiem) pobiegnie dookoła świata.

Kuryło skonstruował sobie kajak na kółkach, który mógł służyć za walizkę, łóżko a czasem jako środek transportu i ruszył. To ruszanie jest dla mnie najbardziej niezwykłe. Kuryło opisuje historię, jak postanowił podziękować Matce Boskiej z Lichenia za szybki powrót do zdrowia: wyszedł z domu, pobiegł do Lichenia robiąc 400 kilometrów w pięć dni, pomodlił się, przenocował i pobiegł z powrotem do Augustowa. Kosmos.

Dla mnie odważna jest decyzja nie o samym biegu (choć trudny i wyczerpujący: Kuryło biegnie 70-150 kilometrów dziennie, posiłki je w truchcie, przez cały czas odmawia zdrowaśki), ale o wyruszeniu w świat bez znajomości języka (po angielsku mówi tylko : dżizus krajst luking), z masą stereotypów ( bał się nocować na terenie Indian, czy biec przez czarną dzielnicę w Paryżu), z dużym lękiem i sporą nieufnością (“pomyślałem, że Hiszpan zaraz podbiegnie do mnie z jakimś łomem lub kijem baseballowym i mnie załatwi…”). Ale biegnie. I odkrywa prawdy, które odkrywa każdy kto zaczyna podróżować. Że ludzie są różni. Nie zawsze tacy źli. Że czasem podadzą nieznajomemu kubek gorącej herbaty.  A czasem sami się boją i przegonią. I, że to zachowanie nie zależy od koloru skóry.

Wszystko to dość banalne. Ale jeśli potraktować ten zapis trochę, jak odkrywanie świata przez Kandyda (bez literackiego kunsztu Voltaire’a) to zaczyna być nawet fascynujące. Biegnąc z Kuryłą nie poznaję świata. Nawet chciałam napisać, że nie ma tu walorów poznawczych, że świat w żaden sposób nie zostaje opisany i przybliżony czytelnikowi (a koniec końców do tego sprowadza się funkcja książek podróżniczych). Ale to nie prawda. Bo dowiadujemy się, jak patrzy i czego się uczy Kandyd-Kuryło. I poznajemy jego świat . Dla mnie na co dzień bardziej niedostępny niż wioski w Azji.

Żeby nie było żadnych nieporozumień. Książka jako literatura jest zła. Ale jeśli potrkatujemy ją z antropolgicznym zacięciem to możemy dowiedzieć się ciekawych rzeczy.