We wstępie do swojej książki Przemek Skokowski pisze “Nie, nie pomyślcie sobie, że będę tu odgrywał wielkiego pisarza. Aby zrozumieć zarówno tę książkę, jak i to, kim jest jej autor, należy o mnie myśleć jak o swoim kumplu. Takim, z którym idzie się na piwo i zaśmiewa się plotąc głupoty […]  Książka ta jest bowiem napisana przez normalnego faceta, który – uwierzcie mi – niczym specjalnym nie wyróżnia się spośród swoich rówieśników, dla przyjaciela, którego w podróży nie miał, bo jechał samotnie. Książka powstawała na gorąco: w TIR-ach, na poboczu drogi lub pod namiotem, kiedy przed snem spisywałem, co mnie spotkało danego dnia. Wszystko, co w niej znajdziecie, opisane jest dokładnie, tak jak naprawdę było, a nie po przywoływaniu odległych i zatartych już nieco wspomnień”.

Autor dotrzymuje słowa. Książka została napisana na bieżąco, praktycznie bez żadnej korekty związanej z wybraniem wątków i uporządkowaniem,  bez skrótów. I bez zastanowienia się co może być dla czytelnika interesujące, a co może znudzić. Zaczyna się od łapania stopa na wylotówce z Warszawy do Gdańska. Dowiadujemy się nawet jakim numerem autobusu autor wyjechał ze stolicy. I tak będzie z każdym stopem łapanym podczas czteromiesięcznej podróży z Polski do Birmy. Za każdym razem będziemy siadać z autorem na drodze – w deszczu czy palącym słońcu – i dowiadywać się ile czekał na kolejną podwózkę, kto się nie zatrzymał, a kto się zatrzymał. Skokowski przeżywa fantastyczne przygody, poznaje niezwykłych ludzi, ma inspirujące pomysły, energię, wolę i siłę, żeby je spełniać – ale dla mnie one giną w tej przytłaczającej dosłowności. Książka to nie pamiętnik. Żeby zachwycić się podróżą czytelnik nie musi poznawać każdego jej szczegółu. Przez tą skrupulatność zapisu książkę czytałam prawie miesiąc. A normalnie zajmuje mi to kilka godzin. Wiem, że to subiektywna opinia, i ktoś może być wdzięczny właśnie za taką dokładność opisu – bo też chce spróbować jeżdżenia stopem po świecie. Ale nadal wydaje mi się, że ośmielić ludzi do takiego sposobu podróżowania można nie przytłaczając ich każdą historią złapanego stopa – bo nie wszystkie są warte opisu, z czego autor chyba zdaje sobie sprawę.

Skokowski jest – tak, jak zapowiedział – kumplem a nie pisarzem. Opowiada ze swadą o swoich historiach, przedstawia kolejne osoby spotkane na drodze – tak, jakby opowiedział o tym znajomym przy piwie. To prawda. Ale ja bym wolała spotkać się z autorem na piwo i posłuchać jego opowieści, a przeczytać książkę napisaną przez pisarza, który ma refleksję na temat tego, co zobaczył. Skokowskiemu zdarzają się perełki, ciekawe spostrzeżenia, inteligentne skojarzenia – ale być może przez to, że zapisał na je na bieżąco – nie pogłębił ich. A szkoda. Na bieżąco robi się notatki, post factum przydaje się refleksja.

Ostatnio wychodzi dużo książek podróżniczych, w których trzeba oddzielać podróż i autora od tego, co zostało napisane. Bo sama podróż Skokowskiego jest natchniona, jest fantastyczna, jest godna pozazdroszczenia. Za 5500 złotych przez cztery miesiące jechał z Polski przez Rosję, byłe Republiki ZSRR, Chiny, Laos, Tajlandię aż do Birmy, do granicy z Indiami. Przeżył dużo przygód (łącznie z uciekaniem przed uzbrojoną bandą z Laosu). Miał ciekawy pomysł dawania dzieciom z domów dziecka pocztówek (już napisanych przez ludzi z Europy), na które dzieciaki mogą odpowiedzieć – a w konsekwencji nawiązać kontakt. Chciał zrobić coś więcej niż tylko jechać przed siebie. Wszystko to jest super. Doceniam fantazję, styl i odwagę. Tylko czy muszę o tym czytać? Rozumiem, że chodzi również o to, żeby ludzi natchnąć do podróżowania. Backpackertswo, samotne przemierzenie Azji (czy jakiegokolwiek innego kontynentu) pieszo, stopem albo na motorze to nowe marzenie wielu Polaków. Ale mnie znacząco bardziej niż książka zachęcił wywiad ze Skokowskim z ostatniego numeru Dużego Formatu. A książki wolałabym jednak czytać pisane przez pisarzy.