Poprzednia książka Rafała Tomańskiego – “Tatami kontra krzesła” – zachwyciła mnie. Prosto, przystępnie, ciekawie. Tego  szukałam. Wstęp do Japonii dla wszystkich. Napisany ze swadą i dużą inteligencją.

Dlatego moje oczekiwania wobec “Made in Japan” były olbrzymie. Tomański opisuje w niej przyczyny (wskazane przez samych Japończyków) katastrofy w Fukushimie. Sami Japończycy uważają, że to co się stało 11 marca 2011 mogło się wydarzyć tylko u nich – i wskazują szereg pomyłek i zależności, które są “Made in Japan” właśnie.

Oprócz przyczyn autor skupia się również na rozwiązaniach. Co zrobić, żeby błędów nie powtórzyć? Jak systematycznie zmieniać społeczeństwo? Czy można odgórnie narzucić zachowania, które zapobiegną podobnym katastrofom w przyszłości? Czy to w ogóle jest możliwe?

Ważne pytania. Nie tylko w kontekście Japonii. Świetna okazja do napisania książki, która będzie frapować, zastanawiać, zmuszać do myślenia.

Ale książka nie spełniła moich (przyznaję, wygórowanych) oczekiwań. Dla mnie to misz-masz wiedzy autora. Sporo tu o Japonii, ale równie dużo o nowych technologiach. To oczywiste, że Japonia łączy się z nowymi technologiami i nie sposób o nich nie wspomnieć. Tym bardziej, że to nie ma być książka o sushi, kimonach i gejszach, a o Japonii z krwi i kości. Japonii, która – w skutek licznych błędów – nie potrafiła zapobiec nuklearnej katastrofie, z której skutkami do dziś się boryka (i będzie je odczuwać jeszcze bardzo długo).

Część z opisywanych tu problemów przed jakimi stoją japońscy techno-giganci jest niezwykle ciekawa. Ale czasem miałam wrażenie, że opis nowej technologii jest dodany tylko po to, żeby przedstawić daną technologię a nie jej wpływ na Japonię. Gdy autor pisze o  armii – pojawia się rozdział o drukarkach 3D. Rozumiem, że w przyszłości sprzęt wojenny będziemy sobie po prostu drukować, ale to nie jest fragment o Japonii, ani technologia stworzona w Japonii, ani tym bardziej wykorzystywana przez japońską (oficjalnie nieistniejącą) armię. Za dużo – z mojego punktu widzenia – dywagacji na tematy, które są z pewnością dobrze autorowi znane (jest nie tylko japonistą ale i dziennikarzem specjalizującym się w nowych technologiach), ale dla mnie nie są do końca związane z tematem książki.

To bardziej pobieżny szkic, niż pogłębiona literatura. Widać w nim znajomość tematu, łatwość z jaką Tomański porusza się po japońskiej problematyce. Ale niestety jest to szkic napisany niechlujnie. Dużo tu wracających wątków i powtórzeń. Mało dbałości o rytm języka. A już szczytem jest dwukrotne użycie tego samego zdjęcia (tylko inaczej skadrowanego). Książka nie jest na tyle gruba, żeby czytelnik tego nie zauważył. Tak, jakby autor i wydawca zbytnio się spieszyli z wydaniem książki. Jej niewątpliwą zaletą jest aktualność, ale gdyby wydano ją miesiąc później ciągle nie straciłaby na świeżości.

Pisząc tą książkę Tomański opierał się na informacjach z japońskich i zagranicznych gazet i programów telewizyjnych. Zrobił porządne kompendium wiedzy, dla tych którzy do Japonii się wybierają, albo którzy interesują się tym krajem. To sprawnie zebrane i przedstawione w przyswajalnej wersji informacje (czasem nawet więcej niż bym chciała). Ale nie literatura. Coś do czego pewnie będę wracać szykując się do wyjazdów do Japonii, ale czego treści za Chiny nie mogę sobie przypomnieć już po trzech dniach.

Podobno pisarza poznaje się po trzeciej książce. Bo do pierwszej wszyscy się bardzo przykładają, drugą olewają, a trzecia pokazuje ich talent.

Czekam więc niecierpliwie na trzecią.