Chciałabym rozdzielić dwie rzeczy. Jedna rzecz to podróż, a druga – pisanie o niej.

Jeśli chodzi o podróż Roberta Maciąga to jest to podróż niesamowita. Inspirująca. Uwalniająca. Oczywiście budząca zazdrość. Zmieniająca mnie w osobę przyklejoną nosem do komputera, która na google maps śledzi kolejne przystanki – małe punkty na mapie, czasem niewidoczne nawet na najbliższych zbliżeniach. A na mapie (prawdziwej), która wisi nad biurkiem przybywa chorągiewek – bo chce i do Iranu i do Tadżykistanu i do Kaszgaru, który w  mojej ostatniej podróży przeszedł mi koło nosa budząc tęsknotę za wielkimi bazarami pełnymi prostych, niezmiennych od tysięcy lat gestów. Kiedy czytam nazwy mijanych miast na chwilę wszystko we mnie zamiera – staje serce, wstrzymuje się oddech – jakbym oczekiwała na mały cud zetknięcia z dawnym czasem: Damaszek, Samarkanda, Buchara. Z dolnej szuflady w szafie wyciągam plecak, sprawdzam kieszenie, bezwiednie głaszczę wytarty materiał. Coraz częściej zakładam luźne spodnie kupione  w Tajlandii – tak wygodne w podróży – i zamęczam F. pytaniami o to kiedy wreszcie pojedziemy.

Podróż rowerami po jedwabnym szlaku jest absolutnie fantastyczna. Chapeau bas.

Ale już jej opisanie to zupełnie inna sprawa.

Szczerze: książka mogłaby być o wiele lepsza. Jest dobrze napisana, do tego dodane są dobrej jakości zdjęcia. Format trochę mniejszy niż A5 jest dla mnie zaskakujący i trochę nieporęczny, ale z drugiej strony mieści się do małej torebki. Ale oczywiście będzie ale. I to kilka.

Ale pierwsze. Najważniejsze. Ta książka miała szansę być książką naprawdę, naprawdę dobrą. To czego mi zabrakło to pogłębienia historii, które się w niej pojawiają. Mam wrażenie, że Robb Maciąg czasami przerywał wątek w najciekawszym momencie. Kiedy czytamy o syryjskim mężczyźnie, który mówi “Wy z Polski? U nas też by się taki Wałęsa przydał […] Ale już się nie doczekam. U nas takich od razu zabijają.”, a w następnym akapicie dostajemy wykład o mydle z Aleppo to aż chce się krzyczeć: kurcze blade! Jak można nie pociągnąć takiego wątku! Książka została wydana w 2012 roku, od roku w Syrii trwa powstanie, ludzie są maskarowani przez rządowe siły i na swojego Wałęsę czekają, jak nigdy do tej pory. Można o tym wspomnieć, pokazać co się w Syrii dzieje. Niech podróż będzie odskocznią, pretekstem do opisywania świata, a nie samej podróży. To jest jej wartość. I ciągle nie wiem, jak autor przejechał przez Dolinę Tornad. Stojąc na przełęczy pomiędzy Tadżykistanem i Chinami w dole zobaczyli drogę, przez którą z lewa na prawo i z prawa na lewo przesuwało się 6 olbrzymich tornad. To dolina śmierci, pełna kości, strachu i przerażających historii. Ale jak pisze sam autor o tym “dowiedzieli się później. Dużo później”. I przechodzi do rodziału o Chinach zostawiając mnie ze świecącymi oczami i gorączką – jak oni przez te tornada do cholery przejechali???

Ale drugie. Slogany. Sporo tu zdań, które gdyby rozwinąć mogłby zostać we mnie na dłużej. Jednak skrócone do formy jednego zdania: “w drodze pokładamy tyle nadziei”, “wewnątrz wszyscy jesteśmy tacy sami”, “tak, jak przed telewizorem umiera wiara w drugiego człowieka, tak w podróży ta wiara powraca” – zamieniają się w szybko wypadające z pamięci slogany. Tu nawet nie chodzi o rozwinięcie kolejnymi zdaniami, myślami. Tylko o nakreślenie sytuacji, przedstawienie przed oczami czytelnika zdarzenia z podróży, w którym tak się dzieje. Jeśli się to zrobi dobrze komentarz jest już niepotrzebny. Kiedy chodziłam na zajęcia z pisania autorka kilku książek cały czas powtarzała nam “jeśli chcecie coś pokazać nie mówcie, że chcecie to pokazać tylko to opiszcie”.

Ale trzecie. Powtórzenia. Wiem, że ta książka ma być o podróży i bezinteresownej gościnności. Słowo gościnność i herbata pojawiają się – jak dla mnie zbyt często. Ja już zrozumiałam. Ludzie w nieznanych nam krajach są gościnni – i to jest niezwykłe dla nas, którzy żyjemy w świecie ogrodzonym murami i płotami, a do tego bombardowani jesteśmy informacjami o źle czającym się w krajach muzułmańskich. Tylko, że powtarzanie tego bez przerwy mnie osobiście męczy. Wolałabym poczytać więcej o spotkanych ludziach, zagłębić się w ich historie, a nie co chwilę być wyrywana stwierdzeniem “oni są gościnni”. Do tego dużo tu wracających myśli na przestrzeni kilku stron (chociażby o mieszkańach Pamiru, którzy zbierają krótką trawę) . To są ważne myśli, nie neguję tego, ale czasem trzeba zaufać czytelnikowi, że zrozumie metaforę, dostrzeże szczegół, doceni zgrabne połączenie słów, a nie łopatologicznie mu wszystko wykładać i przypominać.

Ale czwartego nie ma. Naprawdę genialna podróż i przeciętna książka. Miło ją przeczytać, zobaczyć, że ludzie w Polsce potrafią zrobić niezwykłe rzeczy, że u nas też można. Można moje uwagi uznać za czepianie się, bo to trochę jest czepianie się. Ale skoro to trzecia książka Maciąga to naprawdę chce się już czegoś więcej.

Wiem, że łatwo jest krytykować, a trudniej pisać. Dlatego – siedząc w moich luźnych niebieskich spodniach i głaszcząć szwy plecaka – szczerze gratuluję napisania kolejnej książki. I fantastycznej podróży.