3/11

O 14:46 zatrzęsła się ziemia.

Rzucało mną na boki, ale tutaj to normalne.Przez piętnaście lat zdążyłem się przyzwyczaić. Byłem w pracy, na ósmym piętrze wieżowca, podobno ósme i dziewiąte piętro są najgorsze. Stukałem dalej w klawiaturę, obok mnie siedzieli współpracownicy, nie ma nas wielu, kilka osób, wszyscy Brytyjczycy.

Trzęsło coraz bardziej. Dłużej i mocniej niż zwykle. Stanęliśmy w drzwiach, nie pytaj czemu, wiem, że powinniśmy byli schować się pod biurko.

To były najdłuższe dwie minuty mojego życia.

Kiedy ziemia się zatrzymała, zbiegliśmydo parku. Tłok, wszyscy gotowi na kolejny wstrząs. Zawsze tak jest – najpierw mocne uderzenie a potem kilka słabszych. Ziemia tańczyła nam pod nogami. Z budynków wybiegały zapłakane kobiety. Nagle zawyły syreny.

Sygnał, że zbliża się tsunami.

Pomyślałem: Jezu nie dość, że trzęsienie ziemi to jeszcze tsunami? Pobiegliśmy pod Tokyo Skytower, stoi na wzniesieniu. Czekaliśmy na falę, ale oczywiście – to już wiesz – do Tokio fala nie przyszła. Stałem ze znajomymi z pracy – nasza pierwsza myśl: chodźmy na piwo, przecież jesteśmy Brytyjczykami. Druga – co z moją rodziną. Mój syn miał wtedy pięć lat, żona była w ciąży. Nie mogłem się do niej dodzwonić. Za to udało połączyć się z facebookiem, moja rodzina w Anglii wiedziała, że żyję zanim dowiedziała się o tym moja żona.

Zacząłem wracać do domu. Jedenaście kilometrów na piechotę. Normalnie powinno to zająć dwie godziny ale ulice pełne były ludzi. Niektórzy wchodzili do sklepów i kupowali rowery, żeby szybciej dojechać do siebie. Szliśmy ramię w ramię, tysiące ludzi próbujących połączyć się z rodziną.

Do domu wracałem cztery godziny.

Po drodze widziałem telewizory w witrynach sklepów i newsy pokazujące wielkie fale, ale wtedy jeszcze nie rozumiałem co się dzieje. Myślałem tylko o odebraniu syna z przedszkola. Kiedy tam dotarłem w klasie zostało tylko dwoje dzieci. Mój syn miał na głowie poduszkę zawiązaną paskiem na szyi. Poduszko-kask.

Następnego dnia rana ogłoszono, że idzie na nas chmura z Fukushimy. Spakowałem się i zabrałem rodzinę na południe. Przeczekać. Wróciliśmy po pięciu dniach. Moja żona ma tu rodzinę, nie chcemy ich zostawić.

Firmy zajmujące się relokacją ekspatów dawno nie miały tyle pracy, co po 3/11.

Ludzie na terenach dotkniętych tsunami do dziś żyją w tymczasowych domach. Organizacje charytatywne dowożą im wodę i jedzenie. Mało kto o nich pamięta. Dlatego w zeszłym roku Robert Williams, który przeżył trzęsienie ziemi w Tokio, zorganizował Charytatywny Rajd Rowerowy. Zebrał pieniądze dla miasteczka Minamisoma, którego mieszkańcy żyją na granicy no-go-zone obok Fukushimy.

W tym roku, razem z ponad dwudiestoma ekspatami, jadą jako Rycerze w Białych Lajkrach do Minamisanriku, miasta które szesnastometrowa fala dosłownie zgniotła z powierzchni ziemi. Zniknęło 95% zabudowań. Zginęło ponad 1200 osób. Ci, którzy przeżyli mieszkają w jednakowych domkach na wzgórzu – trzy pomieszczenia: sypialnia w której mieści się tylko łóżko, salon, w którym mieści się tylko stół, i kuchnia, w której mieści się tylko kuchenka. Jest jeszcze łazienka z niedziałającą wentylacją.

Z okien widzą to, co kiedyś było ich domem.

Rycerze chcą zebrać 5 milionów jenów (146,5 tysiąca złotych), które przekażą „OGA for AID” (http://www.ogaforaid.org/en/). Z pieniędzy farmerzy zbudują małą fabryczkę do przetwarzania warzyw. Dzięki niej uniezależnią się od dotacji.

Możecie wspomóc akcje Rycerzy w Białych Lajkrach przesyłając pieniądze na

konto organizacji (http://www.ogaforaid.org/en/get-involved-4.html)

One Comment

  • Karol on Jun 13, 2014 odpowiedz

    Ale historia… Być tam i to przeżyć – bezcenne.

Skomentuj