Obsesja na zimno

Ta sama historia powtarza się od dwóch tysięcy lat. Kiedy dni wydłużają się, a słońce piecze coraz mocniej, dalibyśmy wszystko za odrobinę zimna. Legendy głoszą, że cesarz Neron rozstawił najszybszych biegaczy wzdłuż drogi prowadzącej z Rzymu w góry. Przekazywali oni sobie z rąk do rąk wiadra pełne śniegu. Mieszano go z miodem i winem, posypywano świeżymi owocami – tworząc pierwsze wersje sorbetu. W lecie najbliżej Rzymu lód i śnieg można zebrać z lodowca Corno Grande w Apeninach. Niewolnicy mieli do przebiegnięcia 150 kilometrów. Skrzydeł zapewne dodawał im strach – wszyscy wiedzieli, czym może skończyć się gniew cesarza.

W dzieciństwie też czekałam. Kiedy na dworze robiło się trochę cieplej, nasłuchiwałam charakterystycznej melodyjki wygrywanej przez pana lodziarza. Powtarzane w kółko mechaniczne tony obwieszczały początek lata. Wybór był nie za duży. Wanilia i czekolada, które smakowały tak samo: zimnem i cukrem.

Uważa się, że pierwsze mrożone desery – miska śniegu polanego sokiem z winogron – podawano w Persji już czterysta lat przed naszą erą. Z czasem wzbogacono je o różaną wodę i szafran. Ale to Chińczycy odkryli, że sól zmieszana z lodem mrozi zawartość pojemników. I to oni zrobili pierwsze lody z kumysu (sfermentowanego mlecznego alkoholu), mąki użytej jako zagęszczacza i kamfory.

Felieton o lodach ukazał się w Travelerze.

Skomentuj