Przez żołądek do serca

Bangkok. Chwila po dwudziestej. Duszno i wilgotno. Ciemno. Zapach jaśminu przygłusza smród rynsztoku. Głód wygania mnie na ulicę. Od razu trafiam na sprzedawcę pierożków na parze. Za rogiem starsza pani gotuje zwykłą kukurydzę z niezwykłymi sosami – ostra nuta chili stawia na nogi. Wokół mnie wirują patelnie, bucha ogień, migoczą noże. Cała ulica grilluje, gotuje, smaży i piecze. Porcje są nie za duże, ale sycące. Podobno w Bangkoku jest zarejestrowanych dwadzieścia tysięcy ulicznych straganów z jedzeniem. Istne szaleństwo: cienkie wafle ze skrawkami marynowanego mięsa, zupa z dużą ilością kolendry i tajskiej bazylii, makaron usmażony na wielkim woku. A na deser lepki ryż ugotowany w mleku kokosowym podany z lekko kwaśnym zielonym mango. Albo puszyste pączki maczane w skondensowanym mleku i słodkiej paście z liści pandanowca. A ja długo myślałam, że uliczne jedzenie to zapiekanka ze sztucznym serem i dużą ilością pieczarek, której smak ratował tylko ketchup.

 

Tekstem o ulicznym jedzeniu zaczynam cykl felietonów dla Travelera - będę pisać o smakach z całego świata, nietypowych zwyczajach, zaskakujących daniach i radości płynącej z podróżowania i odkrywania.

Skomentuj